Mocne rozpoczęcie Open'er Festival 2026
Gdy wszedłem na teren festiwalu, swój set grała już Kasia Lins. Zdobywczyni trzech Fryderyków kontynuuje erę „Obywatelka K.L.” i to właśnie piosenki z jej ostatniej płyty zdominowały koncertową setlistę. Nie sposób nie docenić sposobu, w jaki Lins podeszła do twórczości Ciechowskiego nie tylko pod kątem muzycznym, ale również wizualnym, przygotowując występy na żywo. Jej show, surowe w swojej formie, było dokładnie przemyślane i magnetyzujące. Sama artystka nie kryła radości wynikającej z faktu, iż może prezentować na festiwalu w 2026 roku utwory sprzed nawet czterech dekad. To dowód na to, że muzyka jest ponadczasowa.
Pierwszy koncert i od razu Open'er
Chwilę później na zlokalizowanej nieopodal sceny głównej Flow Stage pojawiła się Hela, czyli Helena Englert. O jej występie rozpisywano się już w chwili jego ogłoszenia. W końcu każda okazja jest dobra, żeby przypomnieć Helenie o tym, że jej rodzicami są Beata Ścibakówna i Jan Englert, tak jakby o tym nie pamiętała i się od nich odcinała. Chociaż pojawienie się na największym festiwalu muzycznym w tej części Europy może zaskakiwać, to znając realia branży, nie ma w tym nic zaskakującego, że wytwórnie płytowe, widząc potencjał w danym artyście, starają się wkręcić go na duże imprezy – zaczynając od najmniejszych scen. Tak było w przypadku Heli. Podczas trwającego godzinę koncertu gwiazda jesiennej odsłony „Tańca z gwiazdami”, poza znanymi już utworami, m.in. „Pani domu” czy „Milcz”, wykonała przedpremierowy materiał ze swojej nadchodzącej płyty, dla której – jak zdradziła – nie ma jeszcze tytułu. W wybraniu go mieli pomóc jej fani, ale ostatecznie Englert zrezygnowała z tego pomysłu. Zamiast rozkminiać, jak nazwać krążek, wolała wykorzystać ten czas na rozmowy z publicznością i występy. Trzeba przyznać, że Hela – mimo niewielkiego doświadczenia – wie, po co wychodzi na scenę. Mimo że początkowo bardzo zestresowana, szybko weszła w tryb „performerka” i porwała uczestników wydarzenia. Z pewnością pomogły jej w tym umiejętności aktorskie. Do tego charyzma, błysk w oku i nieskrywana radość.
Na tej samej scenie zaprezentował się też Daniel Godson – zeszłoroczny zwycięzca opolskich Debiutów i FNOMN-u oraz support Dawida Podsiadły podczas jego koncertów na PGE Narodowym w Warszawie. To jedno z tych nazwisk, na które bez wątpienia trzeba zwrócić uwagę. Chłopak świetnie sobie radzi, ma bezkompromisowe podejście do tworzenia muzyki, przekonał już do siebie branżę i wszystko wskazuje na to, że jest gotowy, by poszybować jeszcze wyżej.
Niekończące się lato. Zara Larsson na Open'erze
Kolejne godziny spędzone na Open’erze upłynęły mi już pod Main Stage. Po 20:00 pojawiła się na niej Zara Larsson. Szwedka ewidentnie postawiła sobie za cel, żeby przywieźć do Gdyni trochę słońca i jej się udało. Chwilę przed jej wejściem na scenę uczestnicy Open’era mogli na nowo poczuć letnią aurę, a pierwsza piosenka z setlisty – „Midnight Sun” – wybrzmiała właśnie w pełnym słońcu. Piękna pogoda utrzymała się do końca koncertu. Zara udowodniła, że ma kawał głosu i wie, jak robić dobre, popowe show. Były wokalizy, był taniec, były wizualizacje. Warto zauważyć, że na scenie obok wokalistki występowały same kobiety! Wyjątkiem był jedynie Piotrek – wielki fan Zary, który miał okazję zatańczyć z nią układ do „Lush Life”. To był absolutnie jeden z najpiękniejszych, najbardziej uroczych i wzruszających momentów pierwszego dnia Open’era. Widzieć, jak ktoś spełnia marzenia? Bezcenne!
Wielki powrót po latach
Na koncert The xx poszedłem – przyznam się szczerze – bez większych oczekiwań, bardziej z ciekawości. Może to i dobrze? Wyszedłem z niego bowiem całkowicie oczarowany. Romy, Oliver i Jamie nie kryli radości wynikającej z powrotu na scenę. Zobaczenie przed sobą morza ludzi, którzy mimo ośmioletniej przerwy, pojawili się na ich koncercie, z pewnością musiało być dla nich pięknym doświadczeniem. Sam set był hipnotyzujący i zachwycający w swojej prostocie. Gdy poleciały pierwsze dźwięki „Intro”, czuć było ogromne poruszenie wśród publiczności.
Królowa jest tylko jedna!
Wisienką na torcie pierwszego dnia Open’era 2026 byli Florence + The Machine. I okej, można żartować sobie, że grupa jest w Polsce co chwilę, że kolejne trasy koncertowe nie odbiegają mocno od poprzednich, ale prawda jest taka, że pod kątem kontaktu z publicznością i energii wysyłanej ze sceny – Florence Welch nie ma sobie równych i śmiało można ją nazwać królową festiwali muzycznych. W przypadku trasy festiwalowej promującej krążek „Everybody Scream”, zadbano o każdy detal. Zanim muzycy pojawili się na scenie, w tle słychać było wprowadzający publiczność w odpowiedni klimat wokal. Klimat zdaje się być słowem kluczem do opisania tego doświadczenia, bo w takich kategoriach najlepiej rozpatrywać show Florence + The Machine. Nawet panujący chłód i kropiący deszcz zdawały się być jego częścią. To jeden z tych koncertów, które po prostu w tobie zostają. Pamiętasz, jakie emocje ci towarzyszyły, co się obok ciebie działo i jak się czułeś przy danej piosence. A w wytworzeniu tego wspomnianego klimatu jak zwykle pomogli fani. Wielbicieli Florence nie da się pomylić z żadnymi innymi.