Donald Trump zadziwił opowieścią o WTC. Twierdzi, że strażacy ewakuowali go na rękach

Donald Trump zadziwił opinię publiczną zaskakującymi wspomnieniami związanymi z zamachami na World Trade Center. Polityk twierdzi, że dwaj potężni strażacy musieli dosłownie unieść go nad ziemię i ewakuować spod głośno skrzypiącego wieżowca. Ta niezwykła opowieść wywołała jednak spore kontrowersje, ponieważ brakuje jakichkolwiek dowodów na potwierdzenie tej wersji wydarzeń.

Donald Trump w garniturze wskazuje palcem przed siebie na tle tłumu. O jego wspomnieniach z WTC przeczytasz w serwisie Eska.
Autor: Wikipedia/ CC BY-SA 4.0

Niezwykłe wyznanie Donalda Trumpa. Twierdzi, że strażacy musieli go ewakuować na rękach

Donald Trump po raz kolejny wywołał poruszenie swoimi wspomnieniami z tragicznych wydarzeń z 11 września 2001 roku. Jak donosi zagraniczny serwis vt.co, podczas uroczystości w Białym Domu upamiętniającej ratowników niosących pomoc po zamachach na World Trade Center, prezydent przedstawił zaskakującą wersję wydarzeń. Twierdził, że tuż po atakach osobiście udał się do Strefy Zero wraz z całą ekipą swoich pracowników, a w pewnym momencie musiał zostać fizycznie wyniesiony przez strażaków z niebezpiecznej strefy.

Z relacji Trumpa wynika, że sytuacja zrobiła się napięta w pobliżu jednego z sąsiednich budynków – United States Steel. Obiekt ten miał głośno skrzypieć, co wywołało poważne obawy, że zaraz runie na ziemię. Trump opisał, jak dwaj potężni strażacy ruszyli mu na ratunek. „Nigdy nie zapomnę dwóch strażaków. Myśleliśmy, że budynek zawali się na nas. Dwaj wielcy, silni faceci – a ja przecież nie należę do najmniejszych – chwycili mnie pod ramiona i powiedzieli: 'Musimy stąd uciekać'” – relacjonował.

Budynek trzeszczał, a ratownicy ruszyli do biegu

Ratownicy mieli dosłownie unieść go nad ziemię i zacząć z nim biec. Choć Trump miał ich zapewniać, że potrafi biec o własnych siłach, mężczyźni nie dawali za wygraną. Jak sam stwierdził, uniesienie go nie było łatwym zadaniem ze względu na jego posturę. Ostatecznie konstrukcja United States Steel nie zawaliła się, choć według słów Trumpa budynek skrzypi do dzisiaj. Całe zdarzenie miało mieć miejsce niedługo po zamachach, kiedy Trump wraz ze swoją ekipą budowlaną rzekomo pomagał w rejonie tragedii.

Jednak ta pełna heroizmu opowieść budzi ogromne wątpliwości, szczególnie że zbliża się 25. rocznica zamachów. W mediach natychmiast pojawiły się pytania o to, co tak naprawdę wydarzyło się tamtego dnia. Jak się okazuje, nie ma żadnych publicznych dowodów ani dokumentów potwierdzających obecność Trumpa wewnątrz wspomnianego budynku lub to, że strażacy musieli ratować go w ten sposób.

Gdzie naprawdę przebywał Donald Trump podczas ataków?

Fakty wskazują na zupełnie inny przebieg wydarzeń. W momencie uderzenia samolotów w wieże World Trade Center Donald Trump nie znajdował się w pobliżu tragedii. Przebywał wówczas w odległym o kilka kilometrów wieżowcu Trump Tower na nowojorskim Manhattanie. Co więcej, były dyrektor firmy Trump Organization wyznał w 2016 roku na łamach portalu Politico, że zachowanie Trumpa w tamtym dniu nie było niezwykłe.

Również pierwsze publiczne komentarze Trumpa, wypowiedziane zaledwie kilka godzin po atakach, przeczą jego najnowszej wersji. W wywiadzie na żywo dla stacji WWOR/UPN 9 News opisywał on, że widział potężną eksplozję ze swojej rezydencji. Zapytany o środki bezpieczeństwa w Trump Tower, zamiast mówić o udziale w akcji ratunkowej, skupił się na zachwalaniu innej swojej nieruchomości przy 40 Wall Street, położonej blisko zniszczonych wież.

Wpadka z wysokością i brak dowodów

W tamtym archiwalnym wywiadzie Trump stwierdził, że jego budynek przy 40 Wall Street stał się najwyższym obiektem w dolnym Manhattanie po upadku bliźniaczych wież. Jak jednak ujawnił magazyn Forbes, informacja ta była nieprawdziwa, ponieważ pobliski wieżowiec przy 70 Pine Street był w rzeczywistości o ponad 7 metrów wyższy.

Sytuację wokół kontrowersyjnych wspomnień próbuje bronić sam Trump oraz jego otoczenie. W niepodpisanym e-mailu przesłanym do stacji CNN przedstawiciele Białego Domu tłumaczyli, że Trump był wówczas osobą prywatną i nie wszystkie jego działania z tamtego okresu zostały udokumentowane. Sam Trump w mediach społecznościowych, m.in. na platformie Truth Social, doprecyzował we wtorek, 8 września, że do incydentu ze strażakami nie doszło bezpośrednio w dniu katastrofy, lecz krótko po niej.

Rzecznik Davis Ingle ostro skrytykował media za nagłośnienie tej sprawy, nazywając ich publikacje hańbą. Zwrócił uwagę, że prezydent spędził tamto poranne spotkanie na oddawaniu hołdu bohaterskim ratownikom i ich rodzinom, a jego słowa były jedynie próbą przekazania osobistych doświadczeń z miasta pogrążonego w kryzysie. Mimo fali krytyki i braku dowodów na potwierdzenie jego słów, sam Donald Trump uciął spekulacje krótkim stwierdzeniem, pisząc później, że wszystko, co powiedział, było dokładnie zgodne z prawdą.

"Trump jest PO STRONIE PUTINA!". Płk Przepiórka MIAŻDŻY politykę USA: To niepewny sojusznik!

Rolki