Spis treści
"Ranczo Duttonów" - o czym opowiada serial?
Akcja rozgrywa się po wydarzeniach z "Yellowstone". Beth (Kelly Reilly), Rip (Cole Hauser) i Carter (Finn Little) "poszli na swoje" i założyli własne ranczo, które miało być ich oazą spokoju, los miał jednak inne plany. Utraciwszy niemal cały dorobek życia, przenoszą się do Teksasu, gdzie stają się częścią lokalnej społeczności - i oczywiście z miejsca pakują się w kłopoty.
"Ranczo Duttonów" wcale nie dorównuje "Yellowstone". Jest od niego znacznie lepsze
Choć w pełni rozumiem fenomen "Yellowstone", nigdy nie należałam do grona wielkich miłośników tego serialu. Ot "Szybcy i wściekli" z końmi zamiast samochodów i bohaterami może płytkimi, ale w dużej mierze urzekającymi (osobiście uważam, że ilekroć ktoś porównuje ten serial do "Sukcesji", gdzieś na świecie umiera mały kotek). Nie będę więc ukrywać, że do "Rancza Duttonów" podchodziłam z rezerwą, przekonana, że będzie to kolejna produkcja lecąca w tle, gdy akurat muszę pomalować paznokcie. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy pierwszy odcinek ujął mnie już od pierwszych sekund i po seansie pierwszych czterech odcinków udostępnionych mi do recenzji, wprost nie mogę doczekać się kolejnych.
"Ranczo Duttonów" zawiera w sobie wszystko to, za co widzowie pokochali (albo, jak ja, chociaż polubili) "Yellowstone", oferuje jednak znacznie ciekawszą i bardziej emocjonującą fabułę, pozbawioną nadęcia typowego dla serialu matki. Całość nie opiera się też wyłącznie na barkach Beth i Ripa, choć nie ukrywam, że główni bohaterowie są tu największą zaletą. Nowe postacie drugoplanowe są zaskakująco intrygujące i pełnokrwiste, nawet jeśli - na obecną chwilę - jednowymiarowe. Znany chyba przede wszystkim z roli Boomeranga w "The Suicide Squad" Jai Courtney świetnie sprawdza się jako psychotyczny redneck-narkoman; Joaquin w wykonaniu Juana Pablo Raby to gość, którym Jamie Dutton myślał, że jest; kreowana przez Annette Bening Beulah Jackson jawi się jako (wreszcie) godna przeciwniczka dla Beth, a Everett Eda Harrisa to chyba największe pozytywne zaskoczenie i typ bohatera, jakiego brakowało mi w "Yellowstone".
i
"Ranczo Duttonów" - recenzja. Czy warto obejrzeć serial?
Po obejrzeniu niemal połowy sezonu uznaję "Ranczo Duttonów" za naprawdę pozytywne zaskoczenie. Pierwszy odcinek zaczyna się od takiego trzęsienia ziemi, że sam Hitchcock byłby dumny, zdjęcia są wprost przepiękne, zmiana scenerii pomogła Beth i Ripowi nabrać wiatru w żagle, a i Carter wreszcie doczekał się własnego wątku. Intryga działa, bohaterowie dają się lubić i rozpisani są ze znacznie większym luzem niż ten nieszczęsny John Dutton (Kevin Costner), czy jego wiecznie zatroskany syn Kayce (Luke Grimes).
"Ranczo Duttonów" traktuje siebie mniej poważnie niż serial matka i chyba w tym tkwi źródło jego sukcesu - i w fakcie, że tym razem Taylor Sheridan i jego przerośnięte ego nie grają pierwszych skrzypiec (twórcą serialu jest Chad Feehan, Sheridan pełnił zaś wyłącznie funkcję jednego z producentów wykonawczych). Warto również odnotować, że scenariusz skonstruowany został tak, by nie zanudzić miłośników tegoż uniwersum niepotrzebną ekspozycją "co wydarzyło się w poprzednim serialu", a jednocześnie umiejętnie wprowadzić w fabułę nowych widzów - nie, nie musicie oglądać "Yellowstone", by cieszyć się z seansu "Rancza Duttonów". Ocena: 8/10.
PRZECZYTAJ TEŻ: Ten polski serial zrobił furorę za granicą. "Proud" wreszcie ma datę premiery i zwiastun