Spis treści
Gdy w Netflixie zadebiutowała pierwsza część czwartego sezonu "Bridgertonów", nie zostawiłam na niej suchej nitki. Swoją opinię podtrzymuję - te odcinki to festiwal nudy, braku chemii i koherentnego pomysłu na poprowadzenie opowieści, która miała (i mogła) być przecież samograjem. Druga tura odcinków okazała się już znacznie lepsza - choć nie mylić z "dobra".
Druga połowa 4. sezonu to starzy dobrzy "Bridgertonowie"
Nigdy nie był to serial ambitny i szczególnie lotny, "Bridgertonowie" to bowiem definicja guilty pleasure - serial, który winien nas bawić, wzruszać i odciągać od trudów życia codziennego. I o ile pierwsza połowa czwartego sezonu poległa nawet na tym polu, dostarczając zero rozrywki i sto procent znużenia, druga okazała się być odpowiednio emocjonująca i wciągająca. Owszem, postępowanie bohaterów wielokrotnie urąga zdrowemu rozsądkowi, Anthony (Jonathan Bailey) wkurza jak nigdy dotąd, Benedict (Luke Thompson) miota się jak oszalały, a Sophie (Yerin Ha) z jakiegoś powodu utrzymuje w tajemnicy fakt, który rozwiązałby tę sprawę w ciągu zaledwie kilku minut. Niemniej są emocje, jest akcja i jest też wątek Franceski (Hannah Dodd), zrealizowany z odpowiednią dozą dramy (i prawdopodobnie zapowiadający główną oś fabuły piątego sezonu).
PRZECZYTAJ TEŻ: "Bridgertonowie". Kiedy 5. sezon i o kim opowie? Oto co już wiemy
"Bridgertonowie" pozostają lekką i głupią przyjemnostką, która nie wykorzystuje drzemiącego weń potencjału - aż się prosiło, by zamiast na miłosnych uniesieniach, skupić się na tragicznym losie kobiet w czasach regencji. Serial Netflixa w pełni świadomie pozostaje pustą rozrywką i ilekroć fabuła wędruje w rejony prawdziwego dramatu, scenarzyści w mig wycofują się, by przypomnieć nam, że zgromadziliśmy się tu wyłącznie dla plotek i romansów. Ale, ujmując to kolokwialnie, "wiedziały grały, co brały", trudno zatem poczytywać to za wadę. Cieszmy się zatem z faktu, że przynajmniej na ostatniej prostej twórcy przypomnieli sobie, za co pokochaliśmy "Bridgertonów", dzięki czemu czwarty sezon kończymy wzruszem, nie potężnym ziewem (PS: pamiętajcie o scenie po napisach!).
"Bridgertonowie" - 4. sezon obnażył błąd Netflixa
Wróćmy jednak do grzechu Netflixa. Czwarty sezon "Bridgertonów" otrzymał łatkę absolutnie najgorszej odsłony tego osławionego serialu i o ile swym poziomem w istocie na owe miano zasłużył, nastroje wśród widzów i krytyków byłyby znacznie pogodniejsze, gdyby król streamingu znów nie wpadł na "sprytny" pomysł rozbicia sezonu na dwie części. W ubiegłym roku ten sam los spotkał choćby "Wednesday" - najpopularniejszy anglojęzyczny serial Netflixa, który w chwili premiery zebrał dość mieszane opinie, a sytuacja poprawiła się dopiero miesiąc później, po debiucie znacznie lepszej części drugiej.
PRZECZYTAJ TEŻ: Czy Wednesday i Tyler będą jeszcze razem? Zapytaliśmy Huntera Doohana (WYWIAD)
Wniosek? Byciem chytrusem nie popłaca. Nie jest bowiem tajemnicą, że Netflix rozkłada sezony najpopularniejszych tytułów na dwie, lub nawet trzy tury, ze względu na zakup subskrypcji. I cierpieliby na tym wyłącznie widzowie, gdyby jeszcze ktoś w zarządzie wpadł na pomysł, by w porę nakazać twórcom rzeczonych seriali odpowiednie rozłożenie narracji. Tymczasem cierpią też same seriale. Kręcone są bowiem na modłę zupełnie inną niż te HBO, które uparcie trzymają się cotygodniowej emisji. Konstrukcja każdego serialu Netflixa nastawiona jest na binge-watching, a gdy sezon zostanie "ciachnięty" w połowie, całe "mięso" dociera do widzów z opóźnieniem - w efekcie odnoszą oni wrażenie, że pierwsza tura odcinków jest zaskakująco słaba i nużąca. Nie twierdzę oczywiście, że debiut w całości zmyłby skazę wad czwartego sezonu "Bridgertonów", ale z całą pewnością seans pierwszych odcinków nie pozostawiłby takiego niesmaku. A zamiast tego na faktyczną akcję i jakiekolwiek emocje musieliśmy czekać aż miesiąc.
