Spis treści
Program Future Combat Air System (FCAS), zainicjowany w 2017 roku przez Paryż i Berlin, a później rozszerzony o Madryt, miał stanowić fundament strategicznej niezależności Starego Kontynentu. Założenia były ambitne: stworzenie zaawansowanego ekosystemu bojowego, którego centralnym elementem stałby się myśliwiec szóstej generacji (Next-Generation Fighter). Nowa konstrukcja, wspierana przez roje dronów i chmurę obliczeniową, miała od 2040 roku zastąpić obecnie używane Eurofightery oraz Rafale.
Projekt wyceniany na 100 miliardów euro od dłuższego czasu boryka się z poważnymi trudnościami. Kością niezgody jest zacięta rywalizacja przemysłowa między francuskim koncernem Dassault Aviation a niemieckim oddziałem Airbusa. Francuzi, powołując się na swoje kompetencje, żądają wiodącej roli przy budowie płatowca. Sprawę komplikują też rozbieżne oczekiwania armii: Paryż potrzebuje samolotu zdolnego do startu z lotniskowców i przenoszenia broni jądrowej, co dla Luftwaffe jest zbędne.
Wątpliwości co do sensowności przedsięwzięcia wyraził w tym tygodniu kanclerz Niemiec, Friedrich Merz. Polityk w podcaście "Machtwechsel" zastanawiał się nad przyszłością lotnictwa bojowego.
„Czy za 20 lat nadal będziemy potrzebować załogowego myśliwca? Czy nadal go potrzebujemy, skoro jego rozwój będzie wymagał ogromnych nakładów?” – zapytał Merz w podcaście Machtwechsel opublikowanym w środę.
Z informacji serwisu Hartpunkt wynika, że w Berlinie kiełkuje koncepcja rozdzielenia prac na dwa odrębne myśliwce, przy zachowaniu wspólnoty pozostałych modułów systemu FCAS. Takie rozwiązanie miałoby zażegnać kryzys dyplomatyczny z Francją, jednocześnie pozwalając na lepsze dostosowanie maszyn do specyficznych wymagań niemieckiego lotnictwa.
Minister obrony Boris Pistorius zapowiedział, że klarowne decyzje w tej sprawie zapadną w najbliższych dniach. Szef resortu przyznał, że podziela sceptycyzm kanclerza, zaznaczając jednak, że impas nie wynika z konfliktu politycznego. Według niego problem leży w relacjach między podmiotami przemysłowymi, co jest trudne do szybkiego rozwiązania.
F-35 jako pomost i element odstraszania
Problemy z europejskim projektem skłaniają Niemców do zwrotu ku technologii zza oceanu. Już dwa lata temu Berlin zakontraktował 35 sztuk F-35A Lightning II, które mają zastąpić wysłużone Panavia Tornado. Według agencji Reuters, obecnie rozważane jest dokupienie kolejnej partii maszyn. Nieoficjalne doniesienia mówią nawet o ponad 35 dodatkowych egzemplarzach, choć wcześniejsze spekulacje z października sugerowały liczbę 15 sztuk. Rozmówcy agencji podkreślają jednak, że ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły.
Podstawowym zadaniem amerykańskich maszyn w barwach Luftwaffe będzie przejęcie obowiązków w ramach programu NATO Nuclear Sharing. Kluczowa jest tu zdolność do przenoszenia amerykańskich bomb jądrowych B61, przechowywanych w niemieckich bazach. F-35 to obecnie jedyny zachodni myśliwiec nowej generacji posiadający certyfikację do transportu najnowszych wariantów tego uzbrojenia, co czyni go naturalnym następcą Tornado. Dostawy pierwszej transzy zamówionych w 2022 roku samolotów mają ruszyć jeszcze w tym roku.
Fundament sojuszniczego bezpieczeństwa
Możliwość przenoszenia taktycznej broni atomowej stanowi o sile niemieckiego zaangażowania w politykę odstraszania NATO. Planowane na lata 2025-2030 wycofanie samolotów Tornado groziłoby powstaniem luki w potencjale obronnym Sojuszu. Inwestycja w F-35 to dla Berlina gwarancja dotrzymania zobowiązań sojuszniczych. Zwiększenie floty dałoby również czas na wypracowanie docelowej strategii dla myśliwca szóstej generacji, niezależnie od tego, czy powstanie on w kooperacji z Paryżem, czy w ramach zupełnie nowego partnerstwa, o czym wspominał w swoim podcaście kanclerz Merz.
Geopolityczne skutki decyzji Berlina
Ewentualne rozszerzenie zamówienia na F-35 byłoby czytelnym sygnałem zacieśniania więzi militarnych z Waszyngtonem. Taki ruch podważyłby promowaną przez Francję wizję europejskiej autonomii strategicznej i mógłby doprowadzić do ochłodzenia na linii Berlin-Paryż. Masowy zakup sprzętu z USA stawia pod znakiem zapytania zasadność inwestowania gigantycznych środków w konkurencyjny, europejski program zbrojeniowy.
Pojawiają się jednak głosy ostrzegające przed całkowitym uzależnieniem od amerykańskich dostawców. Eksperci wskazują na ryzyka związane z kontrolą oprogramowania i dostępnością części zamiennych. Wątpliwości te podsycił Gijs Tuinman, holenderski sekretarz stanu ds. obrony, który w rozmowie z radiem BNR Nieuwsradio zasugerował możliwość ingerencji w systemy samolotu.
„Jeśli mimo wszystko nadal chcesz dokonać aktualizacji, powiem coś, czego nigdy nie powinienem mówić, ale i tak to powiem: możesz jailbreakować [przyp. red. jail - więzienie, oraz break - złamać czyli złamanie zabezpieczeń] F-35 tak samo jak iPhone'a” - powiedział Tuinman w podcaście BNR Nieuwsradio.
Polecany artykuł:
Polityk odniósł się do procesu usuwania fabrycznych blokad oprogramowania. Choć w przeszłości spekulowano o istnieniu tzw. „kill switch” – zdalnego wyłącznika, którego Amerykanie mogliby użyć do uziemienia maszyn – specjaliści branżowi oficjalnie dementują istnienie takich zabezpieczeń.
Nie można wykluczyć, że przecieki o planach zakupu kolejnych F-35 są elementem gry negocjacyjnej mającej wywrzeć presję na francuskich partnerach w rozmowach o FCAS. Zerwanie współpracy byłoby bolesne dla obu stolic. Niemniej, w obecnych realiach geopolitycznych, priorytetem dla Berlina wydaje się szybkie pozyskanie sprawdzonych zdolności bojowych, jakie oferuje konstrukcja z USA.