Spis treści
"Carrie" to, niestety, ponadczasowa i boleśnie uniwersalna opowieść o uciemiężeniu, upokorzeniu i wykluczeniu społecznym. Debiutująca w 1974 roku powieść Stephena Kinga nakreślała nam losy prześladowanej przez rówieśników i dręczonej przez obłąkaną matkę nastolatki z telekinetycznymi zdolnościami, która została zgnębiona o jeden raz za dużo. Książkę cechował bardzo duszny, klaustrofobiczny klimat niewielkiego, przeżartego przez uprzedzenia miasteczka i tragedii jednej dziewczyny. W serialu Prime Video, u którego sterów stanął Mike Flanagan, świat przedstawiony został w znacznym stopniu rozszerzony, a w czarnych charakterach nie ujrzymy już wyłącznie klisz i stereotypów, lecz cząstkę nas samych i ludzi z naszego otoczenia. Twórca "Nawiedzonego domu na wzgórzu" i "Zagłady domu Usherów" słynie bowiem z traktowania materiału źródłowego wyłącznie jako punktu wyjścia dla głębszej opowieści o ludziach, ich przywarach, bolączkach, ale też zaletach. W jego twórczości nie ma miejsca na oczywistości i klasyczny podział na dobro i zło.
Nie potrzebowaliśmy kolejnej wiernej ekranizacji
W trakcie seansu serialu Prime Video (widziałam przedpremierowo wszystkie osiem odcinków) można odnieść wrażenie, że Mike Flanagan spojrzał na fabułę książki Stephena Kinga i doszedł do wniosku, że skoro doczekała się już kilku wiernych ekranizacji, kręcenie kolejny raz tego samego mijałoby się z celem. Sam zresztą przyznaje, że lubi, w oparciu o klasyczne opowieści grozy, budować historie o ludziach, które sprawią, że widz stając codziennie przed wyborem "być miłym człowiekiem czy z*amasem", dwukrotnie zastanowi się, zanim wybierze opcję numer dwa. Z powodzeniem rozbudował już fabułę "Nawiedzonego domu na wzgórzu" Shirley Jackson, czy "Zagłady domu Usherów" Edgara Allana Poego, a i pióro Stephena Kinga nie jest mu obce. "Carrie" potraktował jako pretekst, by opowiedzieć o problemach trawiących nasze społeczeństwo, ale nie skupił się wyłącznie na samej Carrie White.
Choć Stephen King w swej książce pozwolił dojść do głosu wszystkim stronom snutej w niej opowieści - od Carrie, przez kadrę nauczycielską, po jej dręczycielkę Chris - nie zagłębiał się zbytnio w psychologię drugiego planu, tudzież motywacje stojące za poczynaniami "tych złych". Książkowa Chris Hargensen jest po prostu zepsutą, rozpuszczoną sadystką, jej chłopak klasycznym "bad boyem", a Margaret White, matka Carrie, obłąkaną fanatyczką religijną bez krztyny głębi czy naturalnych ludzkich odruchów. Te postaci to klisze, dla których w serialu Mike'a Flanagana nie ma miejsca. Filmowiec przygląda się tym postaciom i pyta: "dlaczego?". Co sprawiło, że nastoletnia dziewczyna z takim okrucieństwem znęcała się nad rówieśniczką? Jak to możliwe, by matka zgotowała własnemu dziecku takie piekło?
"Carrie" spotyka "Trzynaście powodów" i "Wredne dziewczyny"
Nie będę bawić się w spoilery, na szczegółowe omówienie "Carrie" przyjdzie jeszcze czas, ale ostrzegam książkowych purystów, że serial wprowadza wiele zmian w fabule i charakterystyce postaci. Akcja rozgrywa się we współczesności, co pozwoliło Flanaganowi na "dobicie" biednej Carrie mediami społecznościowymi, a fanatyzm religijny Margaret White wydał mu się chyba nader archaiczny, zastąpiła go więc paranoja, antysystemowść, apokaliptyzm i tak dalej. To kobieta do szpiku kości przesiąknięta buntem, cynizmem i nienawiścią, ta ostatnia nie znajduje jednak ujścia w Carrie. W przeciwieństwie do swego literackiego pierwowzoru, Margaret White w fenomenalnym wykonaniu Samanthy Sloyan, szczerze kocha swoją córkę. Matczyna miłość czasem jednak nie wystarcza; zwłaszcza gdy idzie w parze z zaburzeniami i brakiem zrozumienia; a wręcz potrafi mieć siłę równie niszczycielską, co nienawiść. Tak gruntowne przebudowanie postaci pani White uważam za jedną z najlepszych decyzji, jakie mógł podjąć Mike Flanagan. Zamiast opętanej fanatyczki, której nijak nie idzie zrozumieć, a tym samym jej współczuć, otrzymujemy kobietę pełną sprzeczności, której raz mamy ochotę dać w twarz na otrzeźwienie, a chwilę później... przyznać rację, choć z zastrzeżeniem, że mogłaby te swoje słuszne morały prawić w nieco inny sposób.
W interpretacji Flanagana zyskują też szkolne dręczycielki, niemal żywcem wyciągnięte z "Wrednych dziewczyn" Marka Watersa i Tiny Fey. Serialowa Tina to mniej karykaturalne odbicie Gretchen Wieners, zaś Chris to ta bardziej ludzka Regina George. Wspomniana komedia z 2004 roku, z uwagi na konwencję gatunkową, uwrażliwiała młodych odbiorców na zgubność okrucieństwa z przysłowiowym przymrużeniem oka i w czysto humorystycznym stylu, Mike Flanagan wykorzystuje więc te bohaterki wyłącznie jako swoiste archetypy. Serialowa "Carrie" przywodzi na myśl połączenie książki Kinga, "Wrednych dziewczyn" i "Trzynastu powodów", z każdego tworu czerpiąc to, co najlepsze. To ośmiogodzinna opowieść o ułomności systemu edukacji, tragedii dzieci pogubionych rodziców i cierpieniu tych, którzy znajdują się na samym dnie szkolnego łańcucha pokarmowego. Na szczęście Flanagan nie popełnia karygodnego błędu, którego dopuścili się twórcy "Trzynastu powodów" i choć uczłowiecza czarne charaktery, nadając im odpowiednią dozę tragizmu i niejednoznaczności, w najmniejszym stopniu nie usprawiedliwia ich czynów. Rozumiemy, dlaczego Chris gnębi Carrie, nie zmienia to jednak faktu, że ze wszech miar gardzimy jej zachowaniem.
"Nigdy nie będziesz szła sama"
Wszystkie te zmiany były potrzebne i żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie sprawiają one, że serial Prime Video wędruje w rejony reinterpretacji. Trzon opowieści znanej nam z kart powieści Stephena Kinga pozostaje ten sam, zgadza się też przesłanie i podejmowana problematyka. Mike Flanagan bierze jednak na tapet historię jednej nastolatki i przypomina nam, że nie jest to wyłącznie tragedia jednej dziewczyny, a wszystkich kobiet od zarania dziejów. W myśl prawdopodobnie jedynej mądrej rzeczy, jaka padła z ust Cersei Lannister: "wszędzie na świecie krzywdzi się małe dziewczynki", mamy tu do czynienia z bohaterką zbiorową. Choć w centrum wydarzeń znajduje się Carrie White, patrzymy tu na cierpienie wszystkich kobiet - od niedokochanej przez rodziców Chris, której świat legł w gruzach, przez niezrozumianą Tinę, pogubioną Sue, po wreszcie Margaret White, w której chwilami ujrzeć możemy po prostu zdesperowaną matkę, która rozpaczliwie usiłuje uchronić swą córkę przed okrutnym i zepsutym systemem. Systemem pełnym nie tylko oprawców i predatorów, ale i tych, którym brakuje odwagi, by powiedzieć "stop, nie tędy droga, tak nie można", lub u których odwaga ta bywa niewystarczająca, ułomna, tudzież - jak w przypadku Tommy'ego Rossa - zbyt późna.
Serialowy metraż pozwolił Flanaganowi na znaczące i jakże potrzebne w obecnych czasach pogłębienie historii zapoczątkowanej przez Stephena Kinga. I choć uważam, że całość winna być o dwie godziny krótsza, pojawiają się bowiem mielizny narracyjne, Mike znów wykonał kawał dobrej roboty. Można się też pieklić, sama mam z tym lekki problem, że na ostatniej prostej odebrał samej Carrie aż nadto sprawczości, doceniam, że tragedię jednej dziewczyny przeobraził w zbiorowy krzyk kobiet, które chcą tylko żyć w normalnym społeczeństwie i nie bać się przekraczać progu własnego domu. Chcą mieć pewność, że gdy spotka je krzywda lub niesprawiedliwość, będą mogły liczyć na wsparcie i pomoc, których obecnie boleśnie brakuje. Chcą wiedzieć, że nie są same.
"Carrie" - recenzja serialu Prime Video
Aktorsko "Carrie" wypada naprawdę dobrze i prym wiedzie tu wspomniana wcześniej Samantha Sloyan, która zresztą nie bez przyczyny wielokrotnie współpracowała już z Flanaganem. Młodziutka Summer H. Howell kapitalnie sprawdza się w roli tytułowej bohaterki, odnajdując się zarówno w scenach dramatycznych, jak i tych rodem z koszmaru (jej spojrzenie może nie ma aż takiej potęgi, jak to Sissy Spacek, ale wciąż robi odpowiednie wrażenie). Wiem, że wielu miłośników książki narzekało, że aktorka jest zbyt konwencjonalnie piękna, by pasować do roli Carrie, przypominam jednak, że uroda, tudzież jej brak, tej dziewczyny nigdy nie była źródłem prześladowań, a i jej rzekomą brzydotę możemy podać w wątpliwość. W "Carrie" Mike'a Flanagana źródłem problemu jest fakt, iż Carrie była zbyt... miła i niewinna, aż chce się rzec: "my sweet summer child". To właśnie zderzenie jej pozbawionej ukrytych celów dobroduszności i wiary w ludzką przyzwoitość, z zepsuciem otaczającego ją świata, stanowi emocjonalne epicentrum całej fabuły.
Na wyróżnienie zasługują również Alison Thornton, która wiarygodnie oddaje wewnętrzne rozterki Chris Hargensen, Matthew Lillard w roli dyrektora "chcę dobrze, ale nie wiem, którędy droga" Grayle'a, oraz Tim Bagley, który skradł moje serce swą interpretacją postaci pana Mortona - jest on zresztą jednym z głównych bohaterów najpiękniejszej sceny w całym serialu.
Wszystkie osiem odcinków "Carrie" trafi do oferty Prime Video już 7 października. W serwisie obejrzycie też każdą z poprzednich adaptacji, łącznie z niekanoniczną kontynuacją filmu Briana De Palmy, który w 1999 roku nakręciła Katt Shea.
CZYTAJ TEŻ: To najbardziej wstrząsający polski serial tego roku. Jan Holoubek opowie nam o zbrodni połanieckiej