Spis treści
PGE Narodowy pełny polskich i latynoskich fanów
Bad Bunny zorganizował na PGE Narodowym najbardziej międzynarodową i różnorodną kulturowo imprezę, na jakiej kiedykolwiek byłem. Koncert Portorykańczyka przyciągnął do Warszawy tłumy turystów. Oprócz Polaków w tłumie dało się zauważyć fanów Hiszpanii, Meksyku, Wenezueli, Kolumbii, Dominikany i oczywiście Portoryko. To było prawdopodobnie największe w historii wydarzenie dla mniejszości latynoskiej w Polsce. Na każdym kroku dało się usłyszeć hiszpański. Również Polacy, którzy znają ten język, chętnie integrowali się z gośćmi z zagranicy. Koncert Bad Bunny'ego w Polsce pokazał, że ludzie w naszym kraju potrafią akceptować różnorodność i jednoczyć się z innymi kulturami. Już sam fakt, że koncert artysty wykonującego tradycyjną latynoską muzykę (a nie komercyjny pop po hiszpańsku) zainteresował tak wielu Polaków pokazuje, że jesteśmy bardziej otwarci niż mogłoby się wydawać.
Było za dużo ludzi!
W koncercie (poza akustyką, ale to PGE Narodowy, więc wiemy na co się piszemy) była jedna wada: ścisk na płycie stadionu. Szczególnie niepokojąco było w okolicach otoczonej kultem La Casity. Każdy tak bardzo chciał być blisko gwiazdy wieczoru, że w pierwszych rzędach nie dało się ruszyć. Dosłownie. Trudno było wyciągnąć ręce do góry. O tańczeniu nie było mowy. Niestety, było kilka omdleń z powodu "duchoty". Dalej od La Casity było nieco lepiej, ale i tak trudno było swobodnie tańczyć. Wyglądało to tak, jakby sprzedano za dużo biletów. Trochę nie rozumiem, dlaczego nie ogłoszono drugiej daty. Jestem pewny, że nie byłoby problemu ze sprzedażą biletów, ponieważ chętnych było mnóstwo, a wejściówek w regularnej sprzedaży nie było od miesięcy. W większości miast w Europie były przynajmniej dwa koncerty, więc dlaczego w Warszawie nie?
Takiego koncertu w Polsce jeszcze nie było
W Polsce występowali już latynoscy artyści (Ricky Martin, Enrique Iglesias czy Jennifer Lopez), ale nigdy nie było takiego koncertu, jak ten Bad Bunny'ego. To było w stu procentach latynoskie. W Warszawie dało się poczuć prawdziwe Portortyko. Artysta mówił TYLKO po hiszpańsku. Nie wybrzmiało ani jedno słowo po angielsku, więc niektórzy nie zrozumieli ani słowa, ale taki urok tego wydarzenia. Publiczność bawiła się w rytm reggaetonu, salsy czy merengue. Ludzie znali te brzmienia. Na piosenkach "NuevaYol", "Titi Me Preguntó", "Cafe Con Ron", "DTMF", "Eoo" czy "Me Porto Bonito" był szał. Jako fan muzyki latino od dziecka, było to dla mnie niesamowite, że jestem na takim koncercie w Warszawie. Sam Bad Bunny również był w szoku. "Nie sądziłem, że kiedyś tyle ludzi przyjedzie dla mnie w Polsce" - powiedział ze sceny.