Od wczoraj wszyscy mówią tylko o jednym - wielkim powrocie Justina Biebera na scenę. Artysta zagrał na największym festiwalu muzycznym na świecie, Coachelli, za co miał otrzymać wynagrodzenie w postaci 10 milionów dolarów. Oczekiwania? Ogromne. Był to bowiem pierwszy taki pełnoprawny koncert 32-letniego piosenkarza, po odwołaniu przez niego trasy koncertowej "Justice World Tour", w ramach której miał też zawitać do Polski.
Po tylu latach spędzonych na scenie i wylansowaniu kilku ponadczasowych hitów Justin, przez wiele osób uważany za ofiarę show-biznesu i sukcesu odniesionego w młodym wieku, spokojnie mógłby pozwolić sobie na bycie tzw. "throwback act", czyli wyjść na festiwalową scenę, zapełnić setlistę piosenkami, które znają wszyscy, ukłonić się i podziękować. Nie zrobił tego. I chwała mu za to.
Materiał ze "SWAG" i "SWAG 2" - płyt, z których Bieber jest bardzo dumny, co widać gołym okiem - wybrzmiał w końcu na żywo. Artysta jest w świetnej formie wokalnej i co najważniejsze - przez cały koncert sprawiał wrażenie człowieka, który w końcu dotarł do miejsca, w którym odnalazł radość i spełnienie. Zasłużył na to.
Justin Bieber postawił na minimalizm
To nie było show pełne tańca, efektów specjalnych, zmian w scenografii. Nie trzeba było długo czekać na komentarze i porównania do koleżanek po fachu, które stawiają na spektakle. "Gdyby Sabrina pokazała coś takiego, miałaby już po karierze" - napisał jeden z komentujących. Zgadzam się - od kobiet w branży muzycznej wymaga się więcej. W tym konkretnym przypadku uważam jednak te przytyki za nietrafione. Wszystkie rzeczy, których publiczność oczekuje dziś od Biebsa, robił on jako nastolatek. Oglądając ten set, czułem wewnętrzny spokój i radość. Może dlatego, że obserwuję Justina właściwie od zawsze i niejednokrotnie widziałem, jak bardzo jest już zmęczony odgrywaniem roli "księcia popu". To chłopak, w którego żyłach płynie muzyka R&B, co zresztą podkreślają covery, które zamieszczał w sieci jako kidrauhl, jak i pierwsze wywiady, których udzielał jako dzieciak.
Nostalgia nie dla mas
Chociaż setlistę zdominował materiał ze "SWAG", to nie zabrakło pop-nostalgii, na którą stać było tylko kogoś takiego jak JB. Pomysł na wspólne przejście przez historię poprzez odpalanie starych materiałów na YouTubie to dla mnie strzał w dziesiątkę. Kto inny mógłby sobie na to pozwolić, jak nie złote dziecko tej platformy? Czułem się, jakbym był na domówce u kumpla, który czasami z lekkim cringem, ale i ogromnym sentymentem oraz szacunkiem wobec drogi, jaką przeszedł, odpalał materiały sprzed lat, szukając w moich reakcjach potwierdzenia, że były one dobre. Justinowi długo towarzyszył syndrom oszusta, o czym głośno mówił. Takie spojrzenie na siebie sprzed lat i dostrzeżenie w innych akceptacji dla jego przeszłości, to w pewnym sensie forma uzdrowienia.
Katalog Justina jest tak rozległy, że mimo uwzględnienia "klasyków", i tak zabrakło kilku potężnych bangerów, takich jak "Boyfriend" czy "Love Yourself". Nie powiem, liczyłem też na "One Less Lonely Girl" z Hailey Bieber, ale no właśnie - czy tu nie odzywa się ta cała nostalgia, której Bieber nie chce być ofiarą? Justin działa, robi swoje, w końcu na własnych zasadach. I to jest największa wartość. Przestał biec w wyścigu o miano showmana na rzecz bycia prawdziwym, a to należy docenić.