Fani Bad Bunny'ego czekali na ten moment od lat. Już 14 lipca piosenkarz wystąpi w Polsce i to od razu na PGE Narodowym w Warszawie - największym obiekcie w kraju, zarezerwowanym dla prawdziwych supergwiazd. Promocja wydarzenia poszła doskonale. W maju ubiegłego roku pod stadionem ustawiono dla plastikowe krzesła - symbol ostatniej płyty Benito: "DeBÍ TiRAR MáS FOToS".
Dwa plastikowe krzesła postawione pod PGE Narodowym w Warszawie nie mogły oznaczać niczego innego, jak koncert Bad Bunny’ego w naszym kraju. Wystarczyło kilka godzin, by agencja Live Nation Polska świętowała sukces, ogłaszając sold-out. Zainteresowanie wejściówkami okazało się tak duże, że do sprzedaży wprowadzono dodatkową pulę z widokiem bocznym - pisze Maks Kluziewicz w pierwszym numerze "ESKA Story".
W związku ze zbliżającym się koncertem artysty wzięliśmy pod lupę jego oszałamiającą karierę muzyczną. Całą historię Bad Bunny'ego przeczytacie w zakładce "Pop Ikony".
Bad Bunny - znaczenie pseudonimu
Aż trudno uwierzyć, że gwiazda tegorocznego Super Bowl, jeszcze 10 lat temu pracowała jako kasjer w supermarkecie Econo w Portoryko. Bad Bunny już wtedy intensywnie działał na rynku muzycznym. W wieku 13 lat zaczął pisać własne teksty i tworzyć autorskie bity. Za oficjalny debiut uznaje się jednak 2013 rok. To właśnie wtedy Benito zamieścił swoje pierwsze kawałki na SoundCloudzie pod pseudonimem artystycznym Bad Bunny. Skąd pomysł na taką ksywkę? Jej znaczenie sięga czasów dzieciństwa.
Kiedy byłem małym chłopcem i chodziłem do szkoły, musiałem przebrać się za króliczka. Istnieje zdjęcie z tamtego dnia, na którym mam mega poirytowaną minę. Kiedy je zobaczyłem, pomyślałem, że powinienem nazwać się Bad Bunny (Zły Króliczek). Wiedziałem, że ta nazwa będzie miała świetny potencjał marketingowy. Królik to coś tak powszechnego, że pomyślałem sobie: za każdym razem, gdy ktoś jakiegoś zobaczy, przypomni sobie o mojej muzyce – tłumaczył w wywiadzie dla „ET”.
Dziś Bad Bunny to marka sama w sobie. W czym tkwi jego fenomen? Sprawdźcie już teraz, czytając felieton autorstwa Maksa Kluziewicza w pierwszym numerze "ESKA Story".