Spis treści
Wielu fanów gorączkowo oczekiwało informacji o tym, kto weźmie udział w preselekcjach do 70. Konkursu Piosenki Eurowizji. Po ubiegłorocznym starcie Justyny Steczkowskiej, który przyciągnął przed ekrany najwięcej widzów od lat, poprzeczka wydawała się wysoko zawieszona, a telewizja miała chrapkę na zjawiskowe show w lutym. Co poszło nie tak i czy wybór polskiego reprezentanta w nowej formie da się jeszcze obronić? Sytuacja nie wygląda dobrze.
Preselekcje do Eurowizji w rozsypce. Mołdawia zawstydziła Polskę
Choć na przestrzeni kilku tygodni mówiło się o ambitnym podejściu Telewizji Polskiej do eurowizyjnych eliminacji, rzeczywistość rozczarowała fanów. Zamiast planowanego koncertu w dużej arenie, na który zgodnie z zapowiedzią szefa TVP – po raz pierwszy w historii można by zakupić bilety, finał preselekcji odbędzie się w formie emisji nagranych z wyprzedzeniem klipów. Uczestnicy zaśpiewają w studiu programu "Jaka to melodia?", najpewniej bez udziału widowni, pod koniec lutego, a 7 marca laureata wybierze publika w głosach SMS. Wydarzy się to w ostatniej chwili przed terminem, w którym nadawcy muszą zgłosić swoje piosenki organizatorom. Zwycięzca będzie mieć też ograniczony czas na wprowadzenie zmian między występem dla polskiej widowni a tym, co będzie chciał pokazać 160 mln widzów w maju.
Efekt odwrotny do zamierzonego razi fanów tym bardziej, że podobne plany udało się zrealizować w najbiedniejszym kraju Europy. Mołdawianie we współpracy z prywatnymi sponsorami po raz pierwszy zrealizowali preselekcje w największej arenie w kraju, zapraszając do występów z okazji 70-lecia Eurowizji większość byłych reprezentantów. Rywali zdeklasował raper Satoshi z patriotycznym utworem "Viva, Moldova!", który maluje się jako kolejny sukces Mołdawii w maju. W XXI wieku ten niewielki kraj zakończył udział w "top 10" pięciokrotnie, na tle dwóch takich wyników Polaków. Nie trudno zauważyć, że jako 37-milionowe państwo wypadamy całkiem blado w swoim podejściu na tle tej skromnej nacji z peryferiów Europy.
Lista uczestników pod ostrzałem. Forma ogłoszenia również
Ogłoszona 14 stycznia stawka nie spotkała się z najcieplejszym odbiorem. Na liście ośmiu finalistów zabrakło wielu popularnych w sieci zgłoszeń oraz największych gwiazd polskiej sceny muzycznej. Krytyka spadła zarówno na członków jury, jak i na nadawcę, który powinien był się spodziewać spadku poziomu zgłoszeń w obliczu kontrowersji dotyczących dalszego udziału Izraela w Eurowizji. Po odwołaniu konferencji prasowej otrzymaliśmy komunikat w formy postów w mediach społecznościowych. Nie brakuje też rozczarowania tym, że w chwili ogłoszenia nie były publicznie dostępne wszystkie wybrane utwory. Zamiast wspólnej publikacji całej stawki wciąż czekamy na kilka premier, co dla innych nadawców byłoby nie do pomyślenia. Do niedawna podobny chaos panował też u naszych litewskich sąsiadów. Tym razem tamtejszy nadawca dołączył jednak do europejskich standardów i przed pierwszym półfinałem swoich preselekcji opublikował na swoim portalu zbiorczo wszystkie piosenki. Tym samym, Polska została jedynym krajem bez skoordynowanej prezentacji swoich propozycji.
Eurowizja 2026: nikt nie chce dzikiej karty?
Mniejsza od regulaminowej liczba uczestników wynika tymczasem z tego, że spośród 10 finalistów i 2 artystów rezerwowych – aż 4 zrezygnowało z występu z powodu wspomnianej afery politycznej wokół Izraela. Choć mogłoby się wydawać, że czasu na światopoglądowe przemyślenia było dużo, to okazuje się, że najprawdopodobniej do samego końca w selekcyjnej "dziesiątce" widniała Mery Spolsky, która już w grudniu komunikowała, że rezygnuje z dalszego udziału. Po zgłoszeniu numeru "Kocham Polskę" artystka trafiła do stawki z pominięciem przesłuchań, na które celowo nie przyszła, ponieważ regulamin pozwalał TVP na zwolnienie z tego etapu ugruntowanych na rynku postaci. Tuż przed finałowym ogłoszeniem z preselekcji wypisała się zaś Karolina Czarnecka, znana z hitu "Hera koka hasz LSD". Jak wynika z naszych ustaleń, dopiero w dniu ogłoszenia telewizja zwróciła się do artystów rezerwowych – Heli Me Ry i Norberta Wronki, którzy odmówili występu, nie wiedząc uprzednio, że w ogóle byli brani pod uwagę jako zapasowi uczestnicy…
Potem media doniosły o "nerwowych telefonach" wykonywanych przez Telewizję Polską, by uratować stawkę preselekcji udziałem popularnych artystów. Zgodnie z zasadami, stacja może najpóźniej na tydzień przed finałem wręczyć maksymalnie 3 dodatkowe "karty uczestnictwa". Gwiazdy, o których mówiły plotki – Marcin Maciejczak, Michał Szpak czy Roksana Węgiel, kolektywnie jednak zaprzeczyły, że chciałyby uczestniczyć w show w tym roku.
Scenariusze dla TVP. Czy jeszcze można wycofać się z Eurowizji?
Wielu fanów zastanawia się, w jaką stronę zmierzają polskie preselekcje i czym jeszcze mogą nas negatywnie zaskoczyć przed marcem. W obliczu rozczarowującej stawki i zbiorowej niechęci środowiska artystycznego do udziału – pozostaje liczyć na to, że jakość nagranych "do puszki" występów i głosowanie widzów przejdą bezproblemowo i w efekcie Polska będzie miała propozycję godną wydostania się z półfinału Eurowizji.
Nie da się ukryć, że niski poziom, zmiany planów i polityczne kontrowersje mogły skłonić TVP do działania odpowiednio wcześniej, aniżeli po publikacji miernej stawki. Wróćmy do wspomnianej Mołdawii, która w 2022 roku zareagowała na podobne problemy już na etapie przesłuchań do preselekcji. Nadawca stwierdził, że dalszy przebieg konkursu nie jest konieczny i odwołał finał na żywo, od razu wybierając na reprezentanta zwycięzcę castingu. Miał dobre wyczucie, gdyż formacja Zdob și Zdub zajęła potem w Turynie siódmą lokatę, przegrywając głosowanie widzów tylko z Ukraińcami. Z kolei w 2025 roku Mołdawia po przeprowadzeniu przesłuchań całkiem wycofała się z Eurowizji, jako przyczynę podając niski poziom piosenek i kwestie finansowe.
Czy w tej chwili Telewizja Polska mogłaby postąpić tak samo? Nieprzekraczalny termin deklaracji udziału minął w grudniu (po przesunięciu z października z powodu debaty nad Izraelem). Od tamtej pory wycofanie się skutkuje karą finansową od Europejskiej Unii Nadawców. Wynosi ona najpewniej równowartość składki, jaką dana stacja zapłaciła już za udział oraz prawa do transmisji koncertów. Kalkulacje co do sensu i kształtu preselekcji lub innych działań leżą teraz w gestii TVP, jednak niesmak i tak pozostanie z opinią publiczną, a przyszłego polskiego reprezentanta czeka niełatwa przeprawa przez Eurowizję wyjątkowo mocno naszpikowaną polityką. Warto się zastanowić nad tym, komu i jakim kosztem zafundujemy tę przygodę.