Epidemia wymyka się spod kontroli. Liczba ofiar eboli zbliża się do 800

2026-07-15 14:45

Epidemia gorączki krwotocznej, z którą od maja zmaga się Demokratyczna Republika Konga, nie daje za wygraną. Oficjalne statystyki mówią już o ponad dwóch tysiącach zakażonych i ponad 750 zgonach. Eksperci alarmują jednak, że prawdziwy rozmiar kryzysu może być kilkukrotnie większy.

Osoby w żółtych kombinezonach ochronnych walczą z epidemią eboli w DRK, o czym przeczytasz w Radiu Eska.
Autor: EPA/STRINGER/ PAP
  • Demokratyczna Republika Konga zmaga się z 17. falą wirusa ebola, a liczby są przerażające: ponad 2000 infekcji i 750 ofiar śmiertelnych.
  • Walkę z chorobą utrudnia fakt, że za obecną sytuację odpowiada rzadki szczep Bundibugyo, na który wciąż brakuje skutecznej szczepionki i leków.
  • Przedstawiciele WHO biją na alarm, szacując, że oficjalne dane mogą zaniżać rzeczywistą skalę problemu nawet o czterysta procent.

Nowa fala eboli przebija poprzednie

Lokalne władze sanitarne Demokratycznej Republiki Konga poinformowały 15 lipca o 54 nowych infekcjach, zlokalizowanych w prowincjach Ituri, Kiwu Północne oraz Uele Górne. Zaktualizowany bilans to 2011 potwierdzonych zachorowań i aż 754 ofiary śmiertelne. Warto zaznaczyć, że jest to już siedemnaste ognisko choroby w tym kraju od czasu jej odkrycia w 1976 roku, a obecny kryzys wybuchł zaledwie sześć miesięcy po wygaszeniu poprzedniej fali.

Sytuacja pogarsza się z każdym dniem, a infekcja dotarła już do sąsiedniej Ugandy. Lekarze obserwują, że tempo, w jakim wirus przenosi się z człowieka na człowieka, jest niespotykane. Problem stanowi szczep Bundibugyo, z którym współczesna medycyna wciąż ma problem, ponieważ brak jest oficjalnie zatwierdzonej szczepionki oraz leków zwalczających tę konkretną odmianę. Dopiero niedawno rozpoczęto testowanie nowych rozwiązań terapeutycznych, które dają cień nadziei na opanowanie sytuacji.

Rzeczywistość może być znacznie gorsza

Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia ostrzegają, że publikowane statystyki mogą ukazywać zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jak tłumaczą przedstawiciele organizacji zajmujący się reagowaniem kryzysowym, bardzo niepokojący jest fakt, że ogromna większość nowo diagnozowanych pacjentów to osoby, które nie figurowały w rejestrach osób z bliskiego otoczenia chorych. Zjawisko to dobitnie pokazuje, że wirus rozprzestrzenia się poza radarami służb medycznych, zwłaszcza na obszarach o wyższej dynamice zakażeń.

Tym samolotem lecą wirusy nad Warszawą. Pierwszy taki transport w Polsce