Spis treści
Polacy toną w mieszkaniowym paradoksie. O co dokładnie chodzi?
Statystyki mogą sugerować, że mieszkańcy naszego kraju znajdują się w doskonałym położeniu. Porównując nas do reszty państw europejskich, widać wyraźnie, iż przeznaczamy relatywnie skromną część domowego budżetu na bieżące opłaty. Zaledwie u znikomego odsetka obywateli koszty związane z ratami czy remontami pochłaniają ponad czterdzieści procent wypłaty, co stanowi ogromny kontrast wobec sytuacji w Niemczech czy Danii, gdzie te wskaźniki są znacznie wyższe.
Taka sytuacja nie jest absolutnie wynikiem taniego życia nad Wisłą. Przyczyna tego rzekomego finansowego dobrostanu leży w zgoła innym miejscu i odsłania bardzo ponury obraz naszej rzeczywistości.
Główne źródło tego zjawiska to po prostu drastyczny brak przestrzeni życiowej. Pozornie niskie wydatki wynikają z faktu, że obywatele gnieżdżą się w niesamowicie ciasnych lokalizacjach, co skutecznie maskuje rzeczywistą skalę dramatu. W naszym kraju na jedną osobę przypada statystycznie niewiele ponad jeden pokój, co drastycznie odstaje od standardów unijnych. W rezultacie w warunkach uznawanych za mocno przeludnione funkcjonuje niemal jedna trzecia polskiego społeczeństwa.
Dziennikarze branżowi zwracają uwagę na jeszcze jeden bardzo istotny szczegół w tym zestawieniu. Prawie trzy czwarte rodaków zajmuje nieruchomości własnościowe, które nie są obciążone żadnymi długoterminowymi zobowiązaniami bankowymi. Nie wynika to jednak z naszej nieprzeciętnej zamożności, lecz z zaszłości historycznych. Mowa tu przede wszystkim o masowym przejmowaniu dawnych mieszkań państwowych za bezcen oraz powszechnym dziedziczeniu majątku po starszych pokoleniach.
Niski poziom obciążenia kosztami mieszkaniowymi wcale nie musi oznaczać, że w Polsce żyje się tanio. Raczej maskuje sposób, w jaki zorganizowaliśmy gospodarstwa domowe - koszty utrzymania mieszkania rozkładają się na większą liczbę osób – wyjaśnia w "Pulsie Biznesu" ekspertka portalu RynekPierwotny.pl Gabriela Prygiel.
Koszty zakupu nieruchomości biją kolejne rekordy
Obywatele planujący obecnie nabycie własnego lokum stoją przed wyzwaniem nieporównywalnie większym niż osoby kupujące nieruchomości w minionych dekadach. Od 2019 roku zanotowano gigantyczny, bo sięgający niemal dziewięćdziesięciu procent skok wartości rynkowej, plasujący nas w niechlubnej czołówce państw o najszybciej drożejących metrach kwadratowych. Ta potężna bariera finansowa drastycznie wpływa na życiowe plany młodego pokolenia.
Konieczność zdobycia ogromnych środków oraz restrykcyjna polityka bankowa zmuszają dwudziestolatków do pozostania w rodzinnych domach. Zjawisko to przestało być traktowane jako przejaw lenistwa, a stało się ponurą koniecznością dyktowaną przez brutalne realia ekonomiczne. Krajowe statystyki opisujące ten trend prezentują się wyjątkowo przygnębiająco w szerszej perspektywie.
W grupie wiekowej 25-34 lata jest ich w Polsce 51 proc. To czwarty wynik w UE – tłumaczy Gabriela Prygiel.
W zestawieniu z całą wspólnotą europejską nasze dane wyglądają fatalnie, gdyż tam ten odsetek oscyluje wokół zaledwie trzydziestu procent. Młodzi dorośli, nawet posiadając stabilne zatrudnienie, nie potrafią samodzielnie sprostać wymaganiom finansowym stawianym przez rynek w aglomeracjach. Zamyka to społeczeństwo w błędnym kole, ponieważ brak perspektyw na własne lokum blokuje życiowy start, a dorośli mieszkający z rodzicami fałszują obraz rzeczywistego obciążenia domowych budżetów.
Zdolność kredytowa w Polsce. Czy banki chętniej pożyczają pieniądze?
W ostatnich miesiącach w branży nieruchomości dało się jednak zauważyć pewne pozytywne sygnały. Z udostępnionych analiz rynkowych wynika, że klienci zaczęli z nieco większą nadzieją podchodzić do swoich wizyt w placówkach bankowych. Liczba ankietowanych, którzy uznają zdobycie bankowego finansowania za barierę nie do pokonania, wyraźnie stopniała na przestrzeni minionego roku.
Lepiej oceniamy dostęp do kredytów i jest to zauważalna zmiana w nastrojach społecznych - zwróciła uwagę Anna Zachara-Widła, badaczka zachowań konsumenckich na Nieruchomosci-online.pl.
Specjaliści przestrzegają jednak przed huraoptymizmem w tej delikatnej materii. Wyraźnie zaznaczają, że samo przekonanie o lepszej dostępności środków nie wywoła natychmiastowej fali masowych zakupów. Choć nastroje w społeczeństwie uległy ociepleniu, zaporowe stawki za metr kwadratowy nadal skutecznie odstraszają potencjalnych nabywców przed podjęciem wiążącej decyzji.
Taka zmiana percepcji może jednak zmobilizować część niezdecydowanych obywateli do ponownego przeliczenia domowego budżetu i ostrożnego przeglądania najnowszych ogłoszeń. „Poprawę oceny dostępności kredytów warto traktować jako jeden z sygnałów, które mogą sprzyjać większej aktywności kupujących, ale nie jako zapowiedź intensywnego wzrostu pożądanego popytu” – oceniła Anna Zachara-Widła.
Wszystko wskazuje ostatecznie na to, że mimo lepszego klimatu w sektorze bankowym, klienci nadal wykazują się ogromną wstrzemięźliwością. Biorąc pod uwagę aktualne, historycznie wysokie wyceny nowoczesnych mieszkań i domów, zaciągnięcie kilkudziesięcioletniego długu wciąż jawi się jako decyzja obarczona ogromnym stresem.
Komisja Europejska interweniuje w sprawie rynku mieszkaniowego
Kłopot zaporowych kosztów własnego kąta dotyka nie tylko obywateli naszego państwa. Z podobnymi wyzwaniami boryka się cały kontynent, co zmusiło urzędników w Brukseli do opracowania specjalnych zaleceń w obrębie zintegrowanego planu mieszkaniowego. Co istotne, w elitarnym gronie kilkunastu zagranicznych specjalistów opracowujących ten dokument, znalazła się reprezentantka krakowskiego środowiska akademickiego, dr hab. inż. arch. Patrycja Haupt.
Podstawowym założeniem tego ambitnego projektu jest całkowita zmiana utartej perspektywy polegającej na tym, że wznoszenie kolejnych osiedli nie zażegna obecnego kryzysu. Dostępność lokali musi być analizowana wielotorowo, biorąc pod uwagę nie tylko finalną sumę widniejącą na akcie notarialnym, ale też codzienne rachunki za prąd, wydatki na dojazdy oraz łatwość korzystania z miejskiej infrastruktury.
Na liście kluczowych unijnych inicjatyw mających zminimalizować negatywne skutki obecnej sytuacji znalazły się następujące postulaty:
- Skuteczniejsze zarządzanie istniejącymi obiektami. Urzędnicy postulują, aby zamiast wznosić nowe obiekty, skupić się na odnawianiu, docieplaniu oraz kreatywnym zagospodarowywaniu już stojących pustostanów.
- Nowatorski mechanizm kalkulacji opłat. W tym modelu wysokość miesięcznych należności zależy bezpośrednio od faktycznych nakładów inwestycyjnych, a nie od czystych spekulacji rynkowych, co gwarantuje stabilność osobom o niższych dochodach.
- Państwowe rezerwy gruntów. Strategia ta nakazuje lokalnym władzom zabezpieczanie terenów pod inwestycje z odpowiednim wyprzedzeniem, co pozwoli włodarzom uniknąć drastycznego wzrostu kosztów rozpoczęcia budowy.
- Innowacyjne technologie wznoszenia. Upowszechnienie gotowych elementów konstrukcyjnych pozwoli znacząco przyspieszyć prowadzone prace, jednocześnie redukując ogólne nakłady finansowe i minimalizując ilość generowanego gruzu.
- Uporządkowanie kwestii wynajmu turystycznego. Zamiast wprowadzać odgórne, całkowite zakazy, eksperci sugerują nałożenie bezwzględnego obowiązku ewidencjonowania takich lokali oraz wprowadzenie ścisłych ograniczeń w najpopularniejszych letnich ośrodkach wypoczynkowych.
Wszystkie powyższe wytyczne łączy jeden zasadniczy cel, jakim jest ostateczne porzucenie oceny rynku wyłącznie na bazie oddanych do użytku deweloperskich inwestycji. Innowacyjna perspektywa zakłada, że równie ważne staną się stabilność długoterminowego najmu, realne wydatki na bieżące utrzymanie gospodarstwa oraz sprawna komunikacja miejska. Ten rozbudowany dokument ma ostatecznie sprawić, że potężny deficyt lokali wreszcie zostanie uznany za palący problem społeczny, wymagający kompleksowego podejścia.
