"Uwikłani: Marfil" jest odwrotnością tego, czego oczekujemy dziś od ekranowych romansów - RECENZJA

"Uwikłani: Marfil" to najnowsza odsłona romansowej ofensywy, jaką stosuje obecnie Prime Video. Obiecali nam, że zamierzają zekranizować wszystkie książki, jakie w swoim życiu napisała Mercedes Ron i z obietnicy się wywiązują. Tym razem hiszpańska autorka wyszła jednak nieco poza swoje dotychczasowe emploi i zamiast o nastolatkach opowiada o dorosłych ludziach. Nie mylić jednak z dojrzałymi.

Aktorzy z filmu Uwikłani: Marfil. Mężczyzna trzyma dłonie kobiety mierzącej z broni. Recenzję filmu przeczytasz na Eska.
Autor: Prime Video/ Materiały prasowe

Ona to ponętna córka bogatego biznesmena, która właśnie została porwana i ot tak po upływie dwóch dni zwrócona tatusiowi. On to atrakcyjny ochroniarz wynajęty, by nie odstępował jej na krok. To musiało skończyć się romansem i choć mowa tu o bohaterach, którzy bez problemu kupiliby sobie drinka w knajpie, nikt nie oczekuje od nich dojrzałości, a już tym bardziej inteligencji emocjonalnej. "Uwikłani: Marfil" to wciąż romansidło young adult pełną gębą i odhacza wszystkie elementy gotowe zapewnić mu aprobatę widzów - ale 15 lat temu, nie dziś.

Mercedes Ron przyjechała do Polski. Rozmawiamy z autorką "Trylogii Winnych" i "Tell Me Softly" | WYWIAD

"Uwikłani: Marfil" nie dorasta do pięt najlepszym romansom Prime Video

Mercedes Ron to już sprawdzona marka w świecie BookToka i każdy, kto miał styczność z jej twórczością, tudzież adaptacjami tejże, wie, czego się po nich spodziewać - klisza goni kliszę, a fabuła przypomina młodzieżówki z początku lat dwutysięcznych. Taki ich urok, take it or leave it. Nikt zresztą nie oczekuje, że romansidło YA wyprodukowane przez Prime Video będzie jakkolwiek ambitne i odkrywcze - odtwórczość jest tu wpisana w urok całego uniwersum. Zatem to nie do bólu przewidywalna fabuła, którą widzieliśmy już dziesiątki tysięcy razy, jest powodem, dla którego "Marfil" zwyczajnie nie działa.

Przyjrzyjmy się przez chwilę największym hitom Prime Video. Czym właściwie urzekły nas "Off Campus" i "Sterling Point"? Tym, że są autentyczne, młodzież rozmawia i zachowuje się w nich jak młodzież, a przy tym oba seriale odmawiają powielania toksycznych schematów wpajanych nam od lat. Chłopcy nie muszą być dupkami, by byli atrakcyjni, a związek protagonistów nie musi być toksyczny i pełen sztucznie pompowanych dram, by fabuła była angażująca. Na drugim biegunie mamy twory pokroju "Trylogii winnych", która (hehe) winna jest wszystkich przed chwilą wymienionych grzechów, ale działa jako nie traktujące się nazbyt poważnie guilty pleasure, którego bohaterowie uwikłani są w romans tak emocjonujący, że wiele gotowi jesteśmy im wybaczyć. To działa, bo albo daje nam coś odświeżającego, albo starego, lecz odpowiednio zaserwowanego.

Uwikłani: Marfil
Autor: Prime Video/ Materiały prasowe

Tymczasem mamy "Marfil" - film, który poza kliszami i ładnymi buziami głównych bohaterów nie ma nam absolutnie niczego do zaoferowania. Gdy oglądałam to letnie jak niedopita herbata romansidło, wróciłam myślami do mojej zeszłorocznej rozmowy z Mercedes Ron, gdy była z wizytą na targach książki w Krakowie. Promowała książkę "Tell Me Softly" i porozmawiałyśmy o jej adaptacji, która cierpiała na dokładnie te same bolączki, co "Marfil". Autorka zachwalała casting Fernando Líndeza do roli Thiago (w mojej opinii absolutnie przestrzelony, bo chłop ma mniej ekspresji niż ławka w parku), twierdząc, że "jest przepiękny". No owszem, jest, i to się w romansach przydaje, ale wyłącznie, gdy idzie w parze z jakimikolwiek umiejętnościami aktorskimi oraz chemią z ekranową partnerką. Gabriel Guevara (Nick z "Trylogii winnych") też by Oscara nie dostał, co najwyżej Złotą Malinę, ale on i Nicole Wallace tak świetnie dogadywali się na ekranie (szkoda, że nie poza nim...), że tylko głupiec nie kupiłby ich miłości.

Marfil
Autor: Prime Video/ Materiały prasowe

Hugo Diego García, filmowy ochroniarz Sebastian, może by to jeszcze pociągnął, gdyby przyszło mu grać u boku lepszej partnerki. Niestety, wszystko rujnuje pozbawiona ekspresji Ester Expósito, której wymuszona nonszalancja i mocno ograniczona mimika nie drażniły w "Szkole dla elity", pasowały bowiem do charakteru Carli, tutaj jednak wywołują wręcz karykaturalny efekt. Nie wierzę tej bohaterce i nie wierzę jej relacji z Sebastianem, a każda scena z ich udziałem przypomina backstage sesji zdjęciowej, kiedy to modelka stara się zbytnio nie ruszać, zarówno ciałem jak i twarzą, by nie zepsuć ujęcia. W końcu wystarczy jeden niekontrolowany ruch, a na zdjęciu wyjdzie mniej urodziwie niżby sobie tego życzyła i ktoś chyba zapomniał wspomnieć Ester, że "wyglądaj ładnie" to zaledwie jedno z jej zadań w tym filmie.

Efekt jest taki, że "Marfil" ni ziębi, ni grzeje, ale daje poczucie zmarnowanego potencjału i czasu. Książki Mercedes może i nie są ambitne, ale zasługują na znacznie lepszą adaptację.

CZYTAJ TEŻ: "Marfil" od Prime Video wróci z drugą częścią. Oto co wiemy o kontynuacji

"Moja wina" czy "Twoja wina"? Rozpoznaj film
Pytanie 1 z 13
Z którego filmu pochodzi ten kadr?
Z którego filmu pochodzi ten kadr?

Rolki