Spis treści
Filmowa "Lalka" w reżyserii Macieja Kawalskiego trafi do kin 30 września i rzecz jasna nie obejdzie się bez porównań z jej serialową "konkurentką" od Netflixa. Od miesięcy trwa dyskusja, czy w ogóle potrzebowaliśmy dwóch "Lalek", zwłaszcza debiutujących w tym samym miesiącu i odpowiedź brzmi - tak, potrzebowaliśmy. Jedna (serialowa) jest bowiem prowokacyjną i brawurową reinterpretacją tego, co znamy z powieści Bolesława Prusa, druga zaś (filmowa) jej wierną - ale nie w całej rozciągłości, do czego zaraz przejdziemy - ekranizacją.
Ekranizacja, adaptacja czy reinterpretacja?
Kultura lubi recykling i ponowne sięganie po sprawdzone, dobrze znane nam schematy. Klasyka literatury regularnie ląduje więc na ekranie i jakże nudno byłoby, gdyby każdy film lub serial był możliwie jak najwierniejszym przełożeniem danej historii na nowe medium - bo ileż można oglądać dokładnie to samo. Potrzebujemy zarówno ekranizacji, jak i adaptacji oraz reinterpretacji (a i dla fanfiction znajdzie się miejsce, lecz w granicach rozsądku). W tym miejscu warto zatem uściślić, czym charakteryzuje się każdy z tych tworów. W branżowej nomenklaturze przyjęło się, że ekranizacja jest przeniesieniem danego dzieła na ekran w stopniu możliwie jak najbardziej zbliżonym do oryginału - choć bez pewnych zmian się nie obejdzie, w końcu film to inne medium i rządzi się swoimi prawami. Z kolei adaptacja zakłada nawet daleko idącą swobodę twórczą, ergo: tu zmian może być i bez liku; a reinterpretacja jest jej najostrzejszą odmianą - tą znacząco odbiegającą od literackiego pierwowzoru, nadającą mu nowego sensu i wchodzącą z nim w dialog.
"Lalka" od Netflixa jest więc podręcznikowym przykładem reinterpretacji - a jej filmowa siostra? Główny producent, Radosław Drabik, podkreśla, że mamy tu do czynienia z wierną ekranizacją, oddającą książce Prusa należny jej hołd.
- Nasza "Lalka" jest epicką ekranizacją. Idziemy za Prusem. Ma służyć Polakom przez kilka dekad, dopóki ktoś nie zrobi kolejnej. Także myślę, że jeśli ktoś chciałby dostać wspaniałej energii, żeby ponownie przeczytać książkę albo motywacji, żeby zrobią to po raz pierwszy, to zaczęcie od tego filmu jest właściwe. Myślę, że udało się zrobić coś wspaniałego - wyjaśnił w naszej rozmowie.
Czy to zatem oznacza, że filmowa "Lalka" w reżyserii Macieja Kawalskiego trzyma się pióra Bolesława Prusa, jakby zależały od tego losy świata? Nie do końca. Jest wierną ekranizacją, to prawda, niemniej książkowi puryści będą mieli do czego się przyczepić. Podobnie jak w "Lalce" Netflixa, i tu pominięto jeden z istotnych wątków, co wprawdzie tłumaczyć możemy metrażem - film trwa niespełna 3 godziny, a powieść jest przecież słusznych rozmiarów. Fabuła musiała więc pójść pod nóż, bo absolutnie każdego jej elementu zwyczajnie nie udałoby się tu upchnąć. Zmiany zakończenia, które pozostawia znacznie mniej do własnej interpretacji, aniżeli ma to miejsce w pierwowzorze, nie broni już jednak metraż. Dla jasności - osobiście nie uważam tych lekkich modyfikacji za wadę, jestem bowiem zwolenniczką nieco luźniejszych adaptacji, uważam jednak, że warto to zaznaczyć.
Agata Kulesza królową filmowej "Lalki"
Aktorsko "Lalka" Macieja Kawalskiego wypada znakomicie, a prym wiedzie tu Agata Kulesza w roli pani Meliton, która, ilekroć tylko pojawia się na ekranie, swą klasą i dostojnością zawłaszcza go dla siebie, a jej chemia z Marcinem Dorocińskim sprawia, że to właśnie ich wspólne sceny wspominać będziemy najdłużej. Zachwyca też Maria Dębska jako niezwykle charakterna i charyzmatyczna Kazimiera Wąsowska - więcej takich ról poproszę, bo marnuje się kobieta w tych kryminałach.
Na tle swych ekranowych towarzyszek Izabela Łęcka w wykonaniu Kamili Urzędowskiej zwyczajnie ginie, uważam to jednak za zamierzony efekt - jej bohaterka z założenia miała być bowiem piękną, efemeryczną i niezbyt interesującą porcelanową lalką. Maciej Kawalski (który poza reżyserią zajął się też scenariuszem) podchodzi doń jednak z odpowiednią dozą empatii - filmowa Łęcka nie jest zimną, zdystansowaną paniusią, a uwięzioną w sidłach konwenansów, zagubioną dziewczyną, która wprawdzie chce od życia czegoś więcej, ale brakuje jej siły i charakteru, by realnie po to sięgnąć, co aktorka umiejętnie oddaje. Możemy wkurzać się na tę Izabelę, lecz nie sposób jej przy tym nie współczuć. Podobnie jest w przypadku Stanisława Wokulskiego w interpretacji Marcina Dorocińskiego - to chłop o dobrym, wielkim sercu i tragiczny romantyk, który nie ma w sobie nic z creepa, którego dostrzegli w nim scenarzyści serialu Netflixa (i wielu młodych czytelników). Staśkowi w wykonaniu Marcina Dorocińskiego aż chce się kibicować, a nie czym prędzej posłać go na terapię.
Drugi plan całościowo wypada dobrze, naprawdę nie ma tu chyba ani jednej kreacji aktorskiej, do której mogłabym się przyczepić. Żałuję tylko, że nie przyszło nam spędzić nieco więcej czasu z Markiem Kondratem w roli Ignacego Rzeckiego oraz Mają Ostaszewską jako baronową Krzeszowską.
Dostojna i elegancka, ale niezbyt odważna
Choć film trwa niecałe trzy godziny, ani przez chwilę się nie dłuży. Narracja prowadzona jest spójnie i konsekwentnie - Maciej Kawalski od pierwszej do ostatniej sekundy wie, jaką historię chce nam opowiedzieć i nie chwyta kilku srok za ogon. Dialogi są angażujące, a ze scenariusza aż bije miłość, jaką twórcy obdarzyli powieść Bolesława Prusa. Przed seansem obawiałam się, że miłość ta może sprawić, iż filmowa "Lalka" aż nadto próbowała będzie nam udowodnić, że jest Dziełem przez duże D, a co za tym idzie tworem nadętym i pretensjonalnym. Na szczęście nic takiego nie ma tu miejsca. Owszem, twórcy zadbali o to, by film był dostojny i elegancki, ale nie popadli przy tym w przesadę. Najbardziej zaskoczyli mnie jednak tym z jakim humorem snują tę opowieść. Jak na "Lalkę" przystało, otrzymujemy tu cały wachlarz emocji - od śmiechu, przez irytację (tu pierwsze skrzypce gra Kazimierz Starski w wykonaniu Mateusza Damięckiego - kolejna jakże przekonująca kreacja), po łzy wzruszenia, współczucia i bezsilności.
Filmowa "Lalka" znajdzie swoich zwolenników i nie wątpię, że będzie to prawdopodobnie pokaźniejsza grupa aniżeli w przypadku jej niesfornej streamingowej siostry. Niekoniecznie musi być to jednak zaletą, film Macieja Kawalskiego wydaje się być bowiem bardzo... szkolny. Twórcy, narzucając sobie drogę ekranizacji, zatrzasnęli przed sobą wszystkie furtki do ewentualnego poeksperymentowania i odwagi, przez co film jest - w dużej mierze - tak wierny książce, że wręcz zachowawczy. Odrobina śmiałości by nie zaszkodziła.
Każdy dostał swoją "Lalkę"
Oczywiście nie sposób mówić o filmowej "Lalce", nie zestawiając jej z serialową - po to powstały w tym samym czasie. Jak pisałam wyżej, każda z "sióstr" znajdzie swych zwolenników i przeciwników. Obu nie można odmówić kunsztu wizualnego - tak samo jak u Netflixa, w filmowej "Lalce" scenografie i kostiumy stoją na najwyższym, światowym poziomie. Nie będę porównywać odtwórców głównych ról, Tomasza Schuchardta i Sandry Drzymalskiej oraz Marcina Dorocińskiego i Kamili Urzędkowskiej, uważam to bowiem za bezcelowe - są to zbyt różne interpretacje. Zwłaszcza w przypadku Izabeli, która jest w gruncie rzeczy zupełnie inną postacią. Oba duety spisały się znakomicie w tym, co przyszło im zagrać, tyczy się to zresztą i pozostałych członków obsady.
Serialowa "Lalka" góruje nad filmową swą oryginalnością, kreatywnością i odwagą, filmowa zaś pod względem scenariusza i prowadzenia narracji pozostawia swą siostrę daleko w tyle. Tu nie ma mowy o dłużyznach, utracie werwy i rytmu, czy fabularnych mieliznach. Jest też bardziej konsekwentna w tym, co właściwie chce nam opowiedzieć i nie rozprasza uwagi widza nagromadzeniem wątków pobocznych.
Obie produkcje raczą nas humorem, niemniej uważam, że w filmie jest on naturalniejszy, bardziej finezyjny i niewymuszony. Serialowa "Lalka" bardzo chce być zabawna i widać to gołym okiem - wiele scen ewidentnie powstało właśnie po to, by wywołać salwy śmiechu (a u niektórych zażenowanie, bo ustaliliśmy już, że współczesne inwektywy nie wszystkim przypadły do gustu), w filmowej jest zaś odwrotnie - wpierw była scena, potem dialog i dopiero potem, naturalnie, zrodził się żart.
Obrodziło nam w te "Lalki" i piękno kultury polega na tym, że jedna nie kasuje drugiej, nikt nie pali egzemplarzy książek Prusa, zakup biletu do kina nie poskutkuje anulowaniem waszej subskrypcji w Netflixie, a i po wersje sprzed lat nikt nie broni wam sięgnąć. Każda "Lalka" jest inna i każda niesie ze sobą jakąś wartość. Grunt, że nie są identyczne, bo zanudziłyby nas na śmierć.
Mnie osobiście bardziej przekonała filmowa "Lalka", nie tylko przez wzgląd na wymienione wcześniej technikalia, ale i z tego powodu, iż zwyczajnie bardziej trafia w moją wrażliwość i upodobania. Szanuję reinterpretację Netflixa za jej odwagę, filmową besztam za brak tejże, niemniej ta bardziej finezyjna i romantyczna wersja, która sprawia, że płaczę ze wzruszenia, nie przecieram oczy ze zdumienia, zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.
CZYTAJ TEŻ: Zagraniczni krytycy ocenili "Lalkę" Netflixa. Porównują ją do "Bridgertonów", ale wytknęli kilka błędów