Pocztówka z Portoryko. Bad Bunny zagrał w Warszawie. 5 rzeczy, którymi mnie kupił

Podróże kształcą. Wie to chyba każdy. Za sprawą wizyty Bad Bunny'ego mieliśmy okazję przenieść się do Portoryko. To była bardzo intensywna, trwająca ponad dwie godziny wycieczka, wypełniona dźwiękami, ubogacająca kulturowo i pozostawiająca po sobie więcej niż tylko piękne pocztówki w formie zdjęć i filmików.

Najważniejsza jest muzyka

Jeśli ktoś kiedyś zastanawiał się, z czego wynika aż taka dominacja Bad Bunny'ego w świecie muzyki, podczas jego koncertu na PGE Narodowym otrzymał odpowiedź. Nie chodzi tylko o wpadające w ucho kawałki, ale o naturalność i szczerość, jaka bije z niego podczas występów. Bad Bunny nie silił się na robienie show od A do Z. To nie był ten typ wydarzenia, podczas którego odliczasz w głowie, kiedy wyciągnąć telefon, żeby nie przegapić momentu z potencjałem na viral. Nic z tych rzeczy. Liczyło się tu i teraz. Nawet interakcje Benito z wielbicielami nie były wyświetlane na telebimach.

Nie ma lepszych i gorszych

Kiedy media przekazują bulwersujące informacje o atakach na tle ksenofobicznym, istnieje bohater taki jak Benito, dla którego wszyscy - bez względu na płeć, pochodzenie czy wyznanie - są tak samo ważni. Brzmi banalnie, wiem. To jednak właśnie poczucie wspólnoty zbudowało całą atmosferę wydarzenia. Na te dwie godziny nic nie było ważne, poza tym, żeby po prostu doskonale się bawić - razem.

Poszanowanie dla kultury

To, co stanowi wizytówkę Bad Bunny'ego, to jego przywiązanie do korzeni. Artysta, szczególnie na swojej ostatniej płycie, dał wyraz miłości do Portoryko. Podczas koncertu, tak jak na Super Bowl, nie wypowiedział słowa po angielsku. Wszystkie komunikaty wybrzmiały w języku hiszpańskim. Można się na to złościć, można nad tym ubolewać, ale summa summarum - pozwoliło to Bad Bunny'emu na pozostanie w 100% sobą, a nam poobcować z jego kulturą.

Jedna scena to za mało

Chyba nigdy wcześniej nie byłem na koncercie, podczas którego wykonawca tyle samo czasu, co na scenie głównej, spędził na tzw. B-stage, w tym przypadku w La Casita. Dzięki temu fani na płycie mogli się znaleźć równie blisko swojego idola, co ci posiadajacy pakiety golden i VIP.

Fani zdali egzamin. Gorzej z PGE Narodowym

Takiej imprezy PGE Narodowy jeszcze nie widział! Bad Bunny ponownie zapisał się na kartach historii jako pierwszy, w pełni hiszpańskojęzyczny wykonawca, który wyprzedał największy obiekt koncertowy w stolicy naszego kraju. Sam temu nie dowierzał, powtarzając, iż nigdy nie zakładał, że uda mu się przyciągnąć widownię liczoną w dziesiątkach tysięcy w tak odległym kraju jak Polska. Niestety - problemem ponownie okazała się słaba akustyka PGE Narodowego. Sam potrzebowałem kilku godzin, by na nowo zacząć dobrze słyszeć. 

Organizator wydarzenia: Live Nation Polska.

Bad Bunny - największe hity latynoskiej supergwiazdy