Spis treści
Publiczność nie zawiodła
Przyznam, że jadąc do Krakowa na koncert Dojy Cat nie do końca wiedziałem, czy zastanę pełną halę. Choć sam uwielbiam jej twórczość, byłem świadomy kilku przeciwności. Po pierwsze Doja - choć ma na swoim koncie jedne z największych hitów tej dekady - nie ma aż tak głośnego i zaangażowanego fandomu jak Olivia Rodrigo czy Sabrina Carpenter. Ważny był też fakt, że stosunkowo niedawno wielu Polaków widziało ją na Open'erze, a dodatkowo jej ostatnia płyta "Vie" nie wygenerowała aż takich przebojów jak albumy "Hot Pink" czy "Planet Her". Jeszcze w dzień koncertu można było dostać bilety, ale - ku mojemu zaskoczeniu - w momencie rozpoczęcia występu krakowska Tauron Arena była pełna! Na płycie było ciasno, a na trybunach prawie w ogólnie nie było widać luk. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta publiczność była bardzo aktywna. Skakali, odpowiadali na prośby artystki, a teksty do takich hitów jak "Need To Know", "Boss Bitch", "Streets", "Say So", "Woman" czy "Paint The Town Red" było słychać głośno i wyraźnie. I tutaj już pierwsza nauczka dla mnie: nie ma co oceniać fandomów po aktywności w social mediach. Doja Cat ma w Polsce dużo fanów i to bardzo wiernych.
ZOBACZ TAKŻE: Drugi dzień uratował Orange Warsaw Festival 2026! Olivia Dean i FKA twigs były fantastyczne [RELACJA]
Koncert inny niż można było się spodziewać
Koncert w ramach Tour Ma Vie wyglądał nieco inaczej niż to, czego niektórzy spodziewaja się po takiej artystce jak Doja Cat. Jej występ na Coachelli 2024 czy teledyski choćby do "Woman" i "Jealous Type" pokazywały, że jest showmanką. I już teraz zaspoileruję, że show absolutnie nie brakowało, ale było skoncentrowane na samej wykonawczyni. Największe zaskoczenie tej trasy to całkowity brak tancerzy. Choć sam koncert był bardzo kolorowy - łącznie z krzykliwą stylizacją samej Dojy Cat - bliżej mu było do występu rockowego niż do show typowej popgirl. Na scenie mieliśmy band, a wizualnie występ uzupełniały jedynie światła, ogień i dym. Nie było zaawansowanej choreografii ani rozbudowanych wizualizacji. Dla Dojy Cat najważniejsza była relacja z publicznością. Co prawda nie mówiła dużo do tłumu, ale jak już to robiła, to próbowała angażować publiczność w jej show. Dużym plusem było na pewno to, że przez znaczną część koncertu Doja była na wybiegu, przez co fani w pierwszych rzędach mieli ją na wyciągnięcie ręki.
Jedna z najlepszych performerek swojego pokolenia
Najważniejszy wniosek koncertu w Krakowie: Doja Cat to jedna z największych bestii scenicznych, jakie dała nam ta dekada w muzyce. Nie boi się odpalenia wrotek. Krzyczy, skacze, tarza się po ziemi. Wszystko to jest w punkt. Nigdy nie była pod dźwiękiem. I co najlepsze, ona nie tylko śpiewa. Jest też znakomitą raperką. Co prawda małe problemy akustyczne mogły zaburzyć odbiór rapowanych części, ale dało się zauważyć, że jest w tym dobra. Tour Ma Vie to była świetna przygoda. Nie uważam, że to było 100 procent jej możliwości. Przyznam, że chciałbym kiedyś zobaczyć jeszcze show na miarę Coachelli 2024 przy albumie "Scarlet", z większą produkcją, z tancerzami, bardziej popowe. Z drugiej strony to, co zobaczyłem w Krakowie, też było świetne. I ten "niedosyt" nie oznacza, że coś poszło źle. Doja Cat jest na tyle wszechstronną performerką, że za każdym razem może nam dawać coś zupełnie innego. To nie jest gwiazda, którą wystarczy zobaczyć raz. Każda jej era muzyczna jest kompletnie inna i każda dostarcza nam nowych atrakcji. Nie mogę się doczekać, aby zobaczyć, co nastąpi po "Vie".