Zagrał support przed koncertem Jacksona w Polsce! Za kulisami padł ofiarą okrutnego żartu. "Rozczarowanie przyszło post factum"

1996 rok, Warszawa. Cała Polska żyje koncertem, jakiego w naszym kraju jeszcze nie było. Na warszawskim lotnisku Bemowo wystąpił niekwestionowany król muzyki pop. Zanim jednak pojawił się na scenie, o dobre nastroje publiczności zadbali członkowie Formacji Nieżywych Schabuff z Aleksandrem Klepaczem na czele. Artysta po latach w reportażu "Michael Jackson w Polsce. Warszawski sen króla muzyki pop" wyjawił prawdę o wydarzeniu. Za kulisami padł ofiarą przykrego żartu.

Koncert Michaela Jacksona w Polsce zapisał się w historii z kilku powodów. Bez wątpienia głównym był fakt, że do 1996 roku w naszym kraju gościło niewiele gwiazd globalnego formatu, a show, jakie zaserwował król popu 20 września na warszawskim lotnisku Bemowo, było pierwszą produkcją zorganizowaną z takim rozmachem. W "HIStory World Tour" uczestniczyło 120 tysięcy osób. Zanim na scenie pojawił się sam Jackson, przed publicznością wystąpili DJ Bobo oraz Formacja Nieżywych Schabuff. Grupa miała wówczas na koncie wielki hit "Lato". 

Informację o tym, że zagramy przed Jacksonem dostałem od Piotra Metza. (...) Piotr wysyłał nasze płyty, reprezentował nas w rozmowach, mieliśmy stosowne wytyczne, ile miejsca na scenie jest nam przeznaczone. Fantazja spowodowała, że wychodziliśmy poza ramy, co wzbudzało sympatyczne, ale zdecydowane reakcje dyscyplinujące - wyjawił Aleksander Klepacz w reportażu Eski "Michael Jackson w Polsce. Warszawski sen króla muzyki pop".

Przyzwyczajony do polskich standardów wokalista był zaskoczony rozmachem, z jakim zorganizowano show Jacksona w Warszawie. 

Chcę jednak podkreślić, że zostaliśmy potraktowani wyjątkowo: od garderoby (namiot), która wprawiła nas w zakłopotanie, po dywany, wersalki, fotele, catering na poziomie przekraczającym standardy znane w naszym kraju. Opiekowano się nami z wielkim szacunkiem należnym artystom, choć byliśmy tylko supportem z Polski. Dla nich to był standard, dla nas szok. To była fabryka w pełni autonomiczna i samowystarczalna. Wszystko przyleciało z USA, włącznie z wodą, nie wspominając o całej artystycznej logistyce. Mieliśmy zaszczyt doświadczyć show, którego w tej części Europy nikt jeszcze nie widział i to zarówno od strony technicznej i artystycznej.

Samego króla popu jednak nie poznał, choć przez chwilę myślał, że tak się stało. Artysta padł ofiarą żartu, z którego zdał sobie spraw dopiero później.

Wywiad z Sierockim o Jacksonie

Klepacz supportem Jacksona. Tak wspomina

Olek Klepacz był bardzo poruszony możliwością zaprezentowania się przed ponad 100-tysięczną publicznością. 

Dla nas wyjście na scenę i ogarnięcie 120-tysięcznego "morza" ludzi było przeżyciem nie do opisania. Mieliśmy świadomość, że to nie nasza publiczność, ale zostaliśmy w konsekwencji przyjęci z wielkim entuzjazmem. Zagraliśmy koło 30-40 minut i były to same hity. Płakałem jak dziecko, słysząc jak 120 tysięcy gardeł śpiewa nasze piosenki. No, emocje nie do opisania - opowiedział. 

Emocje sięgały zenitu. Do tego stopnia, iż piosenkarz nie zauważył, że na spotkanie z nim podstawiono sobowtóra Michaela Jacksona.

Nie spotkaliśmy się osobiście z Królem. Jego spotkanie z Olą Kwaśniewską mocno się przedłużyło i skradło nam ten czas. Spotkaliśmy się z sobowtórem, nie wiedząc o tym, co na tamten moment dało nam satysfakcję. Rozczarowanie nastąpiło post factum. Miałem natomiast przyjemność oglądać koncert pod samą sceną i choć od tego czasu widziałem wiele koncertów, to tamte emocje zostaną niepokonane - podsumował.

Więcej ciekawostek dotyczących wizyty Michaela Jacksona w naszym kraju znajdziecie w dostępnym na ESKA.pl reportażu: "Michael Jackson w Polsce. Warszawski sen króla muzyki pop".

Rolki