Doda i Mandaryna były na początku lat 2000 najbardziej barwnymi wokalistkami na polskiej scenie muzycznej. Rabczewska stała na czele rockowego zespołu Virgin, a Marta, jako druga żona Michała Wiśniewskiego, na oczach całej Polski z tancerki stała się prawdziwą królową muzyki dance w naszym kraju. Mimo że wokalistki nagrywały zupełnie inną muzykę i miały różne życiowe doświadczenia (Mandaryna była już mamą), media widziały w nich największe rywalki.
Wpadka Mandaryny w Sopocie
We wrześniu 2005 roku Doda i Mandaryna stanęły do walki o Bursztynowego Słowika w Sopocie - po raz pierwszy organizowanego przez stację TVN. Emocje były ogromne. Wieczór zakończył się sukcesem Rabczewskiej, która odebrała Słowika Publiczności i całkowitą porażką ówczesnej żony Michała Wiśniewskiego. Mandaryna ze łzami w oczach wysłuchiwała opinii ekspertów, którzy nie zostawili na niej i jej wykonaniu suchej nitki. Gwiazda tak wspomina to wydarzenie:
Nie chciałabym nikogo o to oskarżać, bo nikogo nie złapałam za rękę, natomiast było to podłożenie świni. To nie jest tak, że człowiek przyjeżdża do Sopotu, wychodzi na scenę i niech się dzieje, co ma się dziać. Tam jest tydzień prób. Tam się zadziało mnóstwo dziwnych rzeczy. Miałam wychodzić jako druga czy trzecia. Tak naprawdę, widząc moje wspaniałe show, zostałam przestawiona jako ostatnia. Wtedy już wszystko można było odkręcić. Nic nie słyszałam, moje chórki były wyłączone, a muzycy mieli rozstrojone instrumenty - wyznała w rozmowie z Eska.pl.
Przez wiele lat internauci o wpadkę Mandaryny oskarżali Dodę, która w ich opinii miała być zazdrosna o sukces koleżanki z branży. Artystka zaprzeczyła tym doniesieniom, przedstawiając swoją wersję zdarzeń.
Doda o Mandarynie w Sopocie
Doda przyznała kiedyś, że była zazdrosna o sukces Mandaryny, która otrzymywała ogromne budżety od wytwórni płytowej na realizowanie projektów muzycznych. To spowodowało, że internauci połączyli kropki i uznali, iż to jej mogło zależeć na tym, by pogrążyć Wiśniewską w Sopocie. W rozmowie z serwisem Eska.pl piosenkarka zdementowała te plotki.
Tam nikt nic jej nie przekręcił. To było tak... Kaśka Kanclerz wpieprzyła ją na straszną minę. Z laski, która była tancerką i nie śpiewała, chcieli w dwa tygodnie zrobić piosenkarkę. Wysłali ją na jakiś obóz, znaleźli piosenkarkę z Niemiec, która bardzo podobnie do niej śpiewała, zresztą u niej w chórkach. Na próbach to nawet dobrze brzmiało, bo te chórki były podkręcone i ta laska śpiewała najtrudniejsze momenty Marty. Ta dziewczyna w ogóle nie powinna tam występować. Powinna święcić triumfy jako księżniczka pop, ja tam jako księżniczka rock i już. Nie powinni jej zmuszać do śpiewania na żywo. To był festiwal, który teraz w niczym nie przypomina tego samego festiwalu. Były zupełnie inne zasady. (...) Gdy już doszło do tego konkursu, obniżyli głośność chórków do poziomu wszystkich innych chórków pozostałych artystów tak, by wybić głos Marty, bo to on był oceniany. Nie wierzę w tę teorię spiskową, że ktoś z Sopotu wyłączył jej odsłuch - zaczęła.
Gdy reporter Eski dodał, że chórzystki Mandaryny potwierdziły w mediach społecznościowych, że nic nie słyszały, Doda nie kryła zaskoczenia.
Ale to jest niemożliwe, bo one normalnie śpiewały, a instrumentaliści grali. (...) Gdyby [chórzystki] miały wszystko wyłączone, nie słyszałyby muzyki, rytmu, tonacji, nic by nie słyszały. Można było to od razu pozwać. To jest tak łatwe do udowodnienia. Można było pozwać kierownika muzycznego, cały ten instytut sopocki, jeżeli faktycznie by doszło do takiego sabotażu. Ale jaki byłby sens atakować jednego z uczestników? Marta robiła takie cyfry, że to ona ciągnęła cały ten festiwal, no i jeszcze trochę ja - podsumowała.