O tym, że w "Happy Dog” dzieje się źle, mówiono od dawna. Wolontariusze i aktywiści opisywali fatalne warunki: przepełnione, brudne kojce, brak leczenia, niedożywione i chore psy, chaos w dokumentach oraz niejasne procedury adopcyjne. Zwierzęta były skrajnie zestresowane, dochodziło do bójek i agresji, co. jak podkreślali specjaliści. było efektem złych warunków i nieprawidłowego łączenia psów. Kontrole potwierdziły wiele nieprawidłowości, a atmosfera wokół schroniska robiła się coraz bardziej napięta.
W sobotę sytuacja osiągnęła punkt krytyczny. Pod urzędem gminy w Sobolewie zgromadził się tłum mieszkańców, aktywistów i miłośników zwierząt, którzy domagali się natychmiastowych działań. Protest przeniósł się pod bramy schroniska. Na miejscu pojawiła się również Doda, która. jak sama przyznawała. była w ośrodku osobiście i widziała wszystko na własne oczy. Kilka godzin później nadszedł przełom. Premier Donald Tusk poinformował o zamknięciu placówki, pisząc, że "nie będzie taryfy ulgowej dla tych, którzy skazują zwierzęta na cierpienie”.
Doda szybko ostudziła jednak entuzjazm, podkreślając, że zamknięcie schroniska to dopiero początek, a nie happy end. Wiele psów wciąż pilnie potrzebuje pomocy i nowych, odpowiedzialnych domów. W jednej z relacji artystka zaapelowała wprost o adopcję, opisując konkretnego, wystraszonego rudego pieska z jednego z kojców. Jej głos łamał się ze wzruszenia.
Zobacz też: Doda apeluje do Małgorzaty Rozenek-Majdan. "Pomaganie to nie chodzenie czyimś śladem krok w krok"
Schronisko w Sobolewie zamknięte
Choć właściciel schroniska zaprzeczał zarzutom, relacje świadków, zgłoszenia wolontariuszy i wyniki kontroli nie pozostawiły większych wątpliwości. Sprawa Sobolewa błyskawicznie obiegła media, a do dyskusji włączyli się influencerzy i znane osoby. W sieci pojawiały się komentarze, że bez nagłośnienia tematu przez celebrytów temat mógłby zostać zamieciony pod dywan.
Cała historia pokazała, jak ogromną siłę ma presja społeczna i konsekwentne nagłaśnianie problemów. Dla psów z Sobolewa zamknięcie "Happy Dog” to szansa na nowy start, ale też moment, w którym potrzebna jest szczególna czujność. Zwierzęta trafiły pod opiekę różnych fundacji, wokół których zaczęły pojawiać się w sieci kolejne zarzuty.
Doda jasno postawiła sprawę i podkreśliła, że nie działa z żadną organizacją, nie bierze za to pieniędzy i zamierza patrzeć wszystkim na ręce.
Zależy mi tylko na zwierzętach - podkreśliła, zapowiadając, że będzie uważnie śledzić los psów, by nie trafiły z deszczu pod rynnę.
Jednocześnie artystka przyznała, że cała akcja bardzo ją kosztowała. Od początku stycznia, gdy Polskę sparaliżowały mrozy, angażowała się w pomoc schroniskom w tym finansowała budy, pomagała w ich docieplaniu, zachęcała do adopcji. Z czasem zaczęły do niej docierać coraz bardziej drastyczne informacje i obrazy, które, jak mówi, psychicznie ją zmiotły. Doda otwarcie opowiedziała o swoim wyczerpaniu, bezsenności i nawrocie nerwicy lękowej. Przyznała, że musi powiedzieć "stop”, bo dalsze wchodzenie w kolejne dramaty mogłoby skończyć się dla niej katastrofą.
Oddałam całe swoje serce, ruszyłam kamień milowy. Teraz wasza kolej - mówiła w jednym z nagrań, apelując, by ludzie nie odwracali się od zwierząt i dalej wspierali fundacje oraz adopcje.
Podkreśliła, że choć wycofuje się z pierwszej linii frontu, zostaje na warcie i nadal będzie reagować, gdy zajdzie taka potrzeba.