Spis treści
- Szkoleniowiec kombinatorów norweskich oskarża związek o chęć likwidacji dyscypliny.
- Adam Małysz tłumaczy, że kluczowe decyzje podejmuje zarząd, a nie on jednoosobowo.
- Szef PZN przyznaje, że mierzy się z hejtem i tęskni za pracą w terenie.
Ostry atak na władze związku i zarzuty o brak decyzyjności
Środowisko narciarskie żyje ostatnio mocnym wywiadem, jakiego Wojciech Marusarz udzielił serwisowi WP SportoweFakty. Szkoleniowiec kadry kombinacji norweskiej nie przebierał w słowach, sugerując, że władze Polskiego Związku Narciarskiego celowo marginalizują jego dyscyplinę.
Przeczytaj także: Władimir Semirunnij wrócił do Polski. Wyjątkowa niespodzianka na lotnisku!
„Tak uważam. Niestety jest kilka osób, którym kompletnie nie zależy na istnieniu tej dyscypliny. Zapewne skorzystałaby na tym, że nie trzeba byłoby nas już kompletnie finansować. Wielu ludzi w PZN czeka na pogrzeb naszej dyscypliny” - mówił Wojciech Marusarz.
Krytyka nie ominęła również samego prezesa. Według trenera, legenda polskich skoków nie posiada realnej władzy i unika trudnych decyzji, stawiając na bycie lubianym.
„Adam Małysz w wielu kwestiach nie ma zbyt wiele do powiedzenia i nie chce nikomu podpaść. Chce być lubiany przez wszystkich” - uważa Marusarz.
Małysz tłumaczy specyfikę zarządzania związkiem
W rozmowie z „Super Expressem” Adam Małysz odniósł się do tych zarzutów. Wyjaśnił, że jego rola jest ściśle zdefiniowana przez statut organizacji, który przekazuje decydujący głos członkom zarządu, a nie jednoosobowo prezesowi.
Zobacz też: Adam Małysz z wizytą u prezydenta Nawrockiego. Później przyłapano go na mieście
„Znaczy powiem, trochę to jest pół na pół, dlatego że faktycznie w wielu kwestiach to nasz statut mówi o tym, że to zarząd decyduje” - przyznał Małysz. - „Ja tylko jestem tą osobą wykonawczą, można powiedzieć, jako prezes, więc ja przedstawiam decyzję zarządu.”
Były mistrz świata przyznał rację trenerowi w kwestii swojego charakteru. Potwierdził, że jest człowiekiem szukającym porozumienia, ale zdecydowanie zaprzeczył, jakoby brakowało mu stanowczości w krytycznych momentach.
„Ja jestem osobą raczej ugodową, więc często jest tak, że pewne rzeczy faktycznie, tak jak trener Marusarz powiedział, może nie mam takiej siły, żeby strzelić pięścią w stół i powiedzieć, że tak i koniec, kropka” - stwierdził prezes PZN.
Małysz zaznaczył jednak, że potrafi walczyć o swoje zdanie, gdy sytuacja tego wymaga.
„Ale wielokrotnie tak było, że strzeliłem w stół i powiedziałem, ale to też w przypadkach takich, w których wiem, że mogę sobie pozwolić” - dodał.
Ciemne strony prezesury i tęsknota za sportem
Kierowanie tak dużą organizacją sportową wiąże się z ogromną presją. Adam Małysz nie ukrywa, że najtrudniejszym aspektem jego pracy jest mierzenie się z falą hejtu, która pojawia się przy każdym niepowodzeniu.
„Najgorsze jest jak zaczyna się atak i często hejt, więc to jest bardzo ciężkie. Ja wywodzę się ze środowiska sportowego, całe życie uprawiałem sport i dla mnie to jest najcięższe, że ja zawsze patrzę przede wszystkim na pryzmat sportowców” - opowiadał.
Codzienność prezesa to często żmudna praca biurowa, trwająca do późnych godzin nocnych. Legenda skoków przyznaje, że wolałaby ten czas spędzać bezpośrednio przy zawodnikach, zamiast tonąć w dokumentach i tłumaczyć się z konfliktów.
„Wielokrotnie ja dostawałem po uszach za to, że nie ma wyników, że coś nie funkcjonuje, albo że ktoś z kimś się pokłócił, a de facto tak jak powiem szczerze, to chciałbym być jakby po tej drugiej stronie, gdzie mogę z chłopakami pojechać, a nie siedzieć czasem do 22 czy 23 i podpisywać dokumenty” - podsumował prezes PZN.