Aparat fotoreportera „Super Expressu” uchwycił byłego prezesa Rady Ministrów w momencie, gdy opuszczał luksusowe auto. Towarzyszyli mu potężnie zbudowani mężczyźni w eleganckich strojach, którzy posiadali przy sobie profesjonalny sprzęt łącznościowy. Zarysy widoczne pod ich marynarkami dają jasny sygnał, że ochrona Mateusza Morawieckiego jest najprawdopodobniej uzbrojona. Mimo że 58-latek jest obecnie tylko szeregowym posłem Prawa i Sprawiedliwości, państwowe służby wciąż dyskretnie czuwają nad jego osobistym bezpieczeństwem.
Obecne regulacje prawne pozwalają na przydzielenie asysty Służby Ochrony Państwa politykom, którzy zakończyli już urzędowanie na najwyższych państwowych stanowiskach. Podstawowym warunkiem jest jednak występowanie realnego i uzasadnionego niebezpieczeństwa dla ich zdrowia lub życia. W takich specyficznych sytuacjach funkcjonariusze mogą towarzyszyć byłym dygnitarzom przez bardzo długi czas po opuszczeniu przez nich kluczowych gabinetów.
Postanowienia o przedłużeniu takiej państwowej opieki wobec byłych szefów rządu opierają się na tajnych raportach i dokładnych ocenach ryzyka. Zwykli obywatele nie mogą zatem dowiedzieć się, jakie dokładnie powody i incydenty stoją za utrzymaniem dyskretnej obstawy wokół konkretnego polityka. Sama Służba Ochrony Państwa od lat konsekwentnie odmawia udzielania jakichkolwiek informacji na temat swoich podopiecznych, argumentując to rygorystycznymi wymogami tajności.
Widok wykwalifikowanych osób od ochrony u boku Mateusza Morawieckiego dobitnie dowodzi, że państwowe organy wciąż traktują go jako osobę narażoną na potencjalne ataki. Utrzymywanie ochrony przez tak długi czas nie jest jednak absolutnym precedensem w polskiej polityce. Identyczne środki ostrożności wdrażano w przeszłości również wobec innych byłych premierów oraz szefów resortów, gdy tylko z niejawnych analiz wynikała pilna konieczność zapewnienia im nietykalności.