Spis treści
Dzień, który pogrzebał nadzieje. Co działo się przed czarnym wtorkiem?
Poniedziałek, 28 października 1929 roku przyniósł fatalne rozstrzygnięcia. Charles Edwin Mitchell, szef National City Bank, udając się do siedziby firmy przy Wall Street, głęboko wierzył, że nerwowe chwile z zeszłego tygodnia bezpowrotnie minęły. Zakładał, że działania najpotężniejszych finansistów skutecznie wyciszyły nastroje. Był jednak w błędzie. Wybicie godziny 10:00 i dźwięk otwarcia sesji zwiastowały prawdziwy koszmar. Lawina zleceń zbycia akcji zalała giełdę, a ich ceny błyskawicznie zaczęły spadać.
Nawet kluczowi inwestorzy nie mogli nic zrobić. Członkowie tzw. Wielkiej Szóstki, w tym Mitchell, zwoływali pilne narady, lecz brakowało im koncepcji na powstrzymanie krachu. Zaufane walory zniżkowały w zastraszającym tempie: notowania AT&T tąpnęły o 24 dolary, General Electric o 47, a Eastman Kodak o szokujące 41. Reprezentanci banków szybko pojęli, że nie dysponują wystarczającym kapitałem, by sztucznie utrzymywać wyceny wielu firm jednocześnie. To właśnie w poniedziałek zrozumiano, że zbliżające się załamanie na Wall Street w 1929 roku przyniesie katastrofalne skutki i stanie się zalążkiem wielkiego kryzysu.
Zamknięcie notowań przyniosło dramatyczne wieści. Obrócono ponad 9 milionami akcji, co dwukrotnie przewyższało standardowy wolumen, a wskaźnik Dow Jones zanotował spadek o 13 proc.! Giełdowe urządzenia przekazujące dane nie wyrabiały się z podawaniem doniesień o załamaniu kursów. Czuć było, że to zaledwie wstęp do tragedii. Prawdziwe załamanie miało nadejść w kolejnym dniu, o czym barwnie pisał Andrew Ross Sorkin na kartach publikacji zatytułowanej „1929. Największy krach w historii Wall Street”.
Jeden człowiek rzuca wyzwanie panice. Desperacki ruch bankiera
We wtorek, 29 października, dyrektor Charles Edwin Mitchell pozbył się resztek nadziei. W drodze do biura oświadczył Gordonowi Rentschlerowi, że po nocnych analizach podjął decyzję o samotnej walce. Był pewny, że po rozpoczęciu handlu nastąpi totalny krach, a szanse na zjednoczoną pomoc przepadły. Nadszedł czas desperackich kroków.
Po wejściu do gmachu natychmiast zaprosił szefa działu transakcji, by przedstawić mu ryzykowny pomysł: planował przeznaczyć własne oszczędności na zakup walorów National City, by w ten sposób wyhamować panikę poprzedzającą wielki kryzys. Nakazał mu rozpoczęcie operacji na prywatnym koncie od razu po starcie notowań, po czym sam wyruszył na poszukiwanie gotówki. Pokonał krótki dystans na Wall Street, kierując się do biur J.P. Morgan, gdzie czekało go spotkanie z Thomasem Lamontem i George'em Whitneyem.
Jeśli zależy mi na ochronie tej instytucji, na szalę muszę rzucić własne aktywa – powiedział.
Otwarcie przyznał, że jego bank wyczerpał zasoby finansowe do obrony kursu. Następnie poprosił o ogromną pożyczkę na własne ryzyko. Grał o wszystko – ryzykował własnym dorobkiem i renomą, ale też majątkiem bliskich. Lamont, choć traktował Mitchella jako nierozważnego gracza, zdawał sobie sprawę, że plajta takiego giganta jak National City pociągnie za sobą resztę rynku, w tym samego Morgana. Przystał na jego propozycję. Mitchell otrzymał 12 milionów dolarów kredytu, które natychmiast przeznaczył na giełdowe operacje ratunkowe.
Rozpaczliwe zachowanie Charlesa Edwina Mitchella, który ratował wycenę National City Bank własnym kapitałem, było podyktowane jeszcze jednym, niezwykle istotnym aspektem. Uratowanie wartości akcji było bezwzględnie wymagane do zakończenia procesu łączenia z Corn Exchange Bank. W przypadku załamania kursu, wielomiesięczne starania i wizje rozwoju spaliłyby na panewce. Działania Mitchella dotyczyły więc nie tylko jego prestiżu czy finansów, ale też ocalenia wypracowanego modelu banku.
Tajna narada w piwnicy
Podczas gdy na giełdowych salach toczyła się walka o przetrwanie, czołowi gracze Wall Street zeszli do podziemi. Tuż przed godziną 12:00 Thomas Lamont oraz George Whitney z J.P. Morgan otrzymali nieoficjalne wezwanie na pilne obrady zarządu giełdy. Miejscem spotkania wyznaczono ciasne pomieszczenie zlokalizowane w piwnicach pod salami handlowymi. W zadymionej klitce zgromadzili się przerażeni, krańcowo wyczerpani oficjele. Byli to inwestorzy, którzy w przeszłości zapłacili fortunę za możliwość handlu, a teraz z bezsilnością obserwowali upadek własnych przedsiębiorstw.
Sam fakt zorganizowania schadzki w tak nietypowym miejscu świadczył o panującym zamieszaniu. Gdy bankierzy, Thomas Lamont i George Whitney, chcieli cicho przekroczyć próg wskazanymi drzwiami, drogę zablokował im pracownik ochrony. Ze względu na tłumy zaostrzono reguły wchodzenia, a nikt bez ważnej przepustki nie mógł dostać się do środka. Sytuację udało się załagodzić dopiero po krótkiej wymianie zdań. Mimo prób zachowania dyskrecji, później i tak pojawiły się pogłoski, że Lamont i Whitney w podziemiach obserwowali przez peryskop transakcje akcjami Morgana, które odbywały się piętro wyżej.
Patowa sytuacja
Na piętrze dominowało nieopisane zamieszanie. Maszyny telegraficzne notowały ogromne pożyślizgi, połączenia telefoniczne zawodziły, a inwestorzy i pracownicy fizycznie nie wytrzymywali kolejnego dnia intensywnej pracy. Kluczowym punktem ukrytej narady pozostawał dylemat, który nie dawał spokoju nikomu: czy zamknięcie sesji giełdowej mogłoby wyhamować to wiekopomne załamanie? Głosy sprzeciwu były jednak niezwykle przekonujące. Richard Whitney, jeden z przedstawicieli świata finansów, zwrócił uwagę, że przerwanie notowań mogłoby zainicjować powstanie niekontrolowanych rynków na chodnikach Nowego Jorku, co tylko zwiększyłoby niepokój. Ponadto takie działanie zablokowałoby miliardowe kredyty bankowe, pod które zastawiono akcje.
Finalnie, nie wypracowano złotego środka. Ryzyko uznano za nadmierne. Finansiści postanowili nie wstrzymywać handlu, pozwalając mu trwać do końca sesji. Zamiast blokady, ustalili, że w nadchodzących dniach ogłoszą kilka dni wolnych i zredukują godziny operacyjne. Formalnie miało to pomóc przemęczonym załogom, ale prawda była brutalniejsza: szukano sposobu na opanowanie chaosu administracyjnego. Wszyscy jednak mieli świadomość, że to jedynie odwlekanie tragedii.
„Najbardziej katastrofalny dzień”. Skala strat i ludzkie dramaty
Kiedy po południu we wtorek wybrzmiał dzwonek wieńczący notowania, stało się jasne, że to koniec. Wynik tego dnia przerażał. Przez giełdę przewinęło się ponad 16 milionów papierów wartościowych, a wycena firm spadła o niewyobrażalne kwoty. Gazeta „New York Times” w środę oceniła, że „był to najbardziej katastrofalny dzień w całej historii Wall Street”. Próby wyliczenia finansowych konsekwencji okazały się bezowocne. Grupa bankierów, która jeszcze parę dni wcześniej starała się uratować parkiet, przyznała się do porażki. Użyte w tym celu 240 milionów dolarów dosłownie wyparowało.
Serwis wielkahistoria.pl zaznacza, że za statystykami kryły się autentyczne dramaty ludzkie. Inwestor Arthur A. Robertson opowiadał po latach, jak dzwonił do niego szef pewnej firmy, prosząc o 200 milionów dolarów wsparcia. Spotkał się z odmową.
Jego akcje po 115 dolarów spadły do 2 i wyskoczył przez okno swojego biura przy Wall Street – opowiadał.
Odbierał też telefony od wielu znajomych, którzy znajdowali się na skraju załamania nerwowego. Przechodnie w finansowej dzielnicy przypominali żywe trupy. Atmosfera była gęsta od napięcia.
To było jak grom z jasnego nieba. Wszystkich nas ogłuszyło – wspominał.
Wtorkowy krach był uderzeniem, którego nikt nie potrafił przewidzieć, a jego reperkusje wywołały gigantyczny kryzys, odbijający się echem nie tylko w USA, ale i na całym globie.
Jeden z dyrektorów Goldman Sachs, Sidney J. Weinberg, przebywał w biurze do nocy, wyczekując na finalne wyliczenia. Jednostki uczestnictwa funduszu jego przedsiębiorstwa, które kilka miesięcy temu wyceniano na ponad 220 dolarów, tamtego dnia zjechały do poziomu 3 dolarów.
Serwis wielkahistoria.pl zwraca uwagę, że Sidney J. Weinberg przytoczył też charakterystyczną scenę z tamtego okresu. Około północy do windy w wytwornym hotelu Sherry-Netherland wszedł młody reporter. W kabinie trwała zabawa, ktoś świętował. Towarzystwo rozstąpiło się przed szykownym, ale przygnębionym człowiekiem w smokingu, który wyszeptał: „To najbardziej mroczny dzień w historii Stanów Zjednoczonych”.