Spis treści
Po powodzi tysiąclecia w "Wielkiej Wodzie" i katastrofie tytułowego promu w "Heweliuszu", Netlflix postanowił wziąć na tapet historię doktor Jolanty Wadowskiej-Król (w tej roli Joanna Kulig), która zasłynęła jako "Doktórka od familoków", walcząc z aparatem państwa (i w gruncie rzeczy wszystkimi wokół), by ratować dzieci trute ołowiem przez Hutę Szopienice. Tym razem u sterów nie stanął jednak Jan Holoubek, a Maciej Pieprzyca i, niestety, jest to mocno odczuwalne.
"Ołowiane dzieci" - recenzja serialu Netflixa
Akcja przenosi nas do okolic Katowic lat 70. XX wieku, kiedy to doktor Jolanta Wadowska-Król odkryła, że w dzielnicy zwanej Targowiskiem panuje epidemia, ale nie - jak podejrzewali lekarze - anemii, a czegoś znacznie gorszego. Ołowicy. Wówczas rozpoczyna się walka z aparatem państwa, rodzinami ofiar, zawzięcie broniącymi huty, która "przecież karmi i dba o swoich pracowników", a nawet własnymi bliskimi. Wszystko celem ratowania dzieci.
Na papierze "Ołowiane dzieci" mają wszystko, by stać się kolejnym serialem, którym zachwycać się będziemy przez najbliższe tygodnie. Echa sukcesu "Heweliusza", serialu na pozór tak podobnego, nie cichły przecież miesiącami. Sęk w tym, że "Ołowiane dzieci" to nie "Heweliusz", a od jego ambicji dzielą je lata świetlne. Maciej Pieprzyca kompletnie nie potrafi wykorzystać historii, która wpadła mu w ręce. Wraz ze scenarzystą Jakubem Korolczukiem (który pracował niedawno przy "Niebie" HBO Max, co wiele by wyjaśniało) snują tę opowieść bez krzty werwy i jakiegokolwiek pazura, o jaki wręcz prosi się postać pani doktor Jolanty Wadowskiej-Król. Serial przywodzi na myśl prowadzony "po sznurku" rozdział z podręcznika od historii, który zamiast zainteresować, usiłuje zanudzić nas na śmierć. Tempo narracji jest bowiem tak powolne, że "Ołowiane dzieci" znacznie lepiej sprawdziłyby się jako film.
i
Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że serial padł ofiarą niesławnej strategii Netflixa, by fabuła była w miarę możliwości prosta, jak budowa cepa, a jej założenia i fundamentalne punkty tłumaczono nam średnio co piątą scenę. "Ołowiane dzieci" to produkcja, która przez kilka godzin mieli to samo, a sceny, które rzeczywiście wnoszą coś do tej opowieści, pchają fabułę do przodu i wywołują odpowiednie emocje, mogłabym policzyć na palcach obu rąk. Ta wstrząsająca i jednocześnie inspirująca historia zasłużyła na coś znacznie lepszego niż tak miałka, bezpieczna i pozbawiona charakteru laurka.
Nawet Joanna Kulig i Michał Żurawski tego nie ocalą
Obsada "Ołowianych dzieci" spisała się bardzo dobrze, choć z kilkoma wyjątkami - darzę pana Zbigniewa Zamachowskiego ogromem szacunku i sympatii, ale tutaj wypada wręcz karykaturalnie. Zwalam to jednak na karb kiepskiego scenariusza i sposobu, w jaki aktorów prowadził reżyser, bowiem nawet Joanna Kulig nie miała tu możliwości zaprezentowania pełni swego potencjału (a ten, jak wiemy, jest olbrzymi). Rola doktor Jolanty Wadowskiej-Król (mam tu na myśli postać z serialu) wydaje się być znacząco poniżej jej możliwości, przez co gwiazda "Zimnej wojny", która wielokrotnie nas już zachwyciła, nie może odpowiednio rozwinąć skrzydeł. Najlepiej pod tym względem wypada tutaj Michał Żurawski, któremu znów przyszło grać człowieka uwikłanego w aparat władzy usiłujący zatuszować ludzką tragedię, ale dla odmiany gra kawał drania. I rzeczywiście MA co grać, w przeciwieństwie do pozostałych.
"Ołowiane dzieci" - czy warto obejrzeć polski serial?
Reasumując, "Ołowiane dzieci" to serial przeciętny, który nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań, niemniej zachęcam was do seansu, byście ocenili go we własnym zakresie i przede wszystkim - poznali tę nieco zapomnianą historię. Bo jest tego warta.