Nie przekonał mnie "The Pitt", "Chirurgów" wyłączyłam po kilku odcinkach, przy "SORze" odpadłam po kilku minutach i mdli mnie na samą myśl o "Na dobre i na złe". Do "Znieczulenia", nowego polskiego serialu Netflixa, podchodziłam zatem z rezerwą, ale uznałam, że dla samego Leszka Lichoty warto dać szansę. I nie żałuję, bo to kawał porządnej rozrywki.
Leszek Lichota znów gra lekarza po przejściach
Gdy tylko pojawiła się pierwsza zapowiedź "Znieczulenia", żartowałam, że Netflix postanowił nakręcić uwspółcześnioną wersję "Znachora" - w końcu krótki opis fabuły to właśnie sugerował. Oto mamy Leszka Lichotę (który, gwoli przypomnienia, grał tytułowego Znachora w adaptacji z 2023 roku) jako odnoszącego sukcesy "lekarza gwiazdora", któremu życie sypie się jak domek z kart, w wyniku czego przenosi się on na prowincję, gdzie jego niekonwencjonalne podejście do leczenia pacjentów stwarza masę problemów.
W trakcie seansu szybko się jednak przekonałam, że "Znieczulenie" tylko z pozoru przypomina kalkę kultowego dzieła Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Grany przez Leszka Lichotę doktor Łazarz to nie dystyngowany doktor przez duże D; który na naszych oczach przeobraża się w poczciwego, skromnego Antoniego Kosibę; a arogancki buc, któremu średnio kilka razy na odcinek mamy ochotę porządnie przyłożyć. A jednak - głównie za sprawą Leszka Lichoty - wprost nie potrafimy go nie uwielbiać
Nasz główny bohater to warszawski neurochirurg, któremu umiera pacjent. Emocje biorą górę, szef dostaje w zęby i Łazarz kończy bez pracy. W mgnieniu oka znajduje jednak nową - na jego szczęście, i nieszczęście pasażerów - dochodzi bowiem do poważnej kraksy kolejowej, kiedy to pociąg pasażerski zderza się z towarowym (tu widać, że Netflix sypnął groszem, bo scena wypadku naprawdę robi wrażenie). "Znieczulenie" zaczyna się zatem tak, jak Hitchcock przykazał - jest trzęsienie ziemi, olbrzymi wyrzut adrenaliny, krew się leje, kończyny latają, a trup ściele się gęsto. Obawiałam się, że po tak mocnym starcie kolejne odcinki (jest ich łącznie osiem) wypadną blado, ale nic z tych rzeczy. Twórcy wprawdzie nie raczą nas kolejnymi katastrofami, lecz umiejętnie potrafią budować napięcie i sprawiać, że siedzimy przed ekranem jak na szpilkach.
"Znieczulenie" zrobi furorę w Netflixie
Doktor Łazarz znajduje zatrudnienie w szpitalu na prowincji, po tym jak bohatersko pomaga ratownikom przy wspomnianej kraksie. Nie podoba się to ani jego żonie, ani synowi, ani nowemu ordynatorowi, ani też depczącemu mu po piętach prokuratorowi. Widmo procesu sądowego, który może skończyć się odsiadką lub utratą możliwości wykonywania zawodu, połączone z nieuchronnym rozpadem małżeństwa i niebywałym talentem Łazarza do pakowania się w kłopoty zapewniają, że przez całych osiem godzin seansu nuda nam nie grozi. Akcja jest wartka, narracja (w przeważającej mierze) spójna, a fabuła wciąga jak diabli. Doktor Łazarz w wykonaniu Leszka Lichoty może i bywa wkurzający, ale nie sposób odmówić mu charyzmy i chemii z... kimkolwiek akurat dzieli ekran.
Fantastycznie sprawdzają się też aktorzy drugoplanowi, na czele z Karolem Biskupem (któremu wróżę tytuł ulubieńca widzów), Maszą Wągrocką, Dorotą Kolak, Mariuszem Bonaszewskim oraz Hugo Tarresem (świetna, dramatyczna rola). Nie przekonał mnie tylko wątek "prywaty" Łazarza, który przyszło mu dzielić z Karoliną Gruszką. Sceny z ich udziałem wypadają znacznie mniej naturalnie od tych "szpitalnych", a cała opowieść o rozpadającej się rodzinie wydaje się być generyczna i wciśnięta na siłę, bo taki motyw zawsze trzeba (a tak przynajmniej wydaje się scenarzystom) odhaczyć.
Nie mam wątpliwości, że "Znieczulenie" zaskarbi sobie sympatię widzów i to również poza granicami naszego kraju, gdyż serial nie tylko reprezentuje bardzo modny gatunek, ale też po prostu przyjemnie się go ogląda. Nie wnosi wprawdzie do tego gatunku absolutnie nic nowego, ale nie musi - to rozrywka w najczystszej formie, która bawi (wielokrotnie śmiałam się w głos), wzrusza i angażuje aż miło. Dialogi są zaskakująco naturalne, bohaterowie ludzcy, a ich (prawie wszystkie) relacje przekonujące. Dostrzegam tu potencjał na duży hit i liczę, że Netflix czym prędzej weźmie się za kręcenie kolejnych odcinków.
CZYTAJ TEŻ: O serialu, w którym kompletnie nic się nie dzieje, a i tak wciąga jak diabli