Publikacja łączy wojskową wiedzę ze wstrząsającymi wspomnieniami świadków. Pisarze udowadniają, że prawdziwe wydarzenia okazały się o wiele bardziej zawiłe i dotkliwe od oficjalnych przekazów. Zachęcamy do zapoznania się z fragmentem przedstawiającym krwawe tło tragedii na terenie Starego Miasta, która bezpowrotnie przerwała radosne nastroje obrońców.
W trakcie stołecznych walk hitlerowcy korzystali z dwóch typów samobieżnych min. Pierwszy to lekki bezzałogowy sprzęt zwany Goliatem, który mieścił w sobie około stu kilogramów materiału niszczącego. Maszyna służyła do burzenia umocnień, a jej detonacja i kierunek jazdy zależały od przewodu telefonicznego. Podczas rozbrajania identycznego sprzętu ranny został podchorąży „Korab” w filmie „Kanał” reżyserii Andrzeja Wajdy.
Kolejnym przemieszczającym się ładunkiem był ciężki pojazd o nazwie Schwerer Ladungsträger Borgward B IV. Przeciwieństwem mniejszego Goliata był fakt, że maszyna nie ulegała destrukcji w momencie wybuchu, a w jej kabinie zasiadał sterujący żołnierz. Sprzęt dostarczał potężną minę tuż pod wyznaczoną barykadę, po czym kierowca bezpiecznie odjeżdżał, a samą eksplozję uruchamiano na odległość. Zazwyczaj włączano mechanizm zegarowy, który powodował zapłon kilkanaście minut później. Taka zwłoka pozwalała na oddalenie ciągnika z pola rażenia ponad czterystu kilogramów materiałów wybuchowych.
Dokładnie ten sam model Borgwarda doprowadził 13 sierpnia 1944 roku do makabrycznych zdarzeń przy ulicy Kilińskiego. Mimo że wybuch nastąpił całkowicie przypadkowo i był efektem ogromnej nieostrożności, to w świadomości wielu osób do dziś utrzymał się mit o podstępnym czołgu pułapce. Zaledwie kilkanaście lat później na wspomnianej ulicy postawiono kamień upamiętniający to miejsce jako skrwawioną ziemię pięciuset powstańców i cywilów, którzy zginęli od podstępnie ukrytego przez wroga ładunku wybuchowego.
W latach siedemdziesiątych ustawiono tam kolejny głaz z nową tablicą. Jej tekst zadedykowano powstańcom oraz osobom cywilnym zmarłym w tym miejscu 13 sierpnia od eksplozji niemieckiego czołgu. Do monumentu przymocowano także kawałek metalowej gąsienicy, który bardzo możliwe, że autentycznie należał do pojazdu odpowiedzialnego za ogromną rzeź.
Przebieg krwawych zdarzeń przy ulicy Kilińskiego wyglądał całkowicie odmiennie od obiegowych opowieści, ponieważ wrogie siły nie przygotowały tam celowej pułapki. W połowie sierpnia wojska hitlerowskie postawiły sobie za priorytet całkowite zniszczenie Starówki, która skutecznie utrudniała im rzeczną komunikację i transport. Okupanci użyli do tego zadania potężnego sprzętu, walcząc z ogromną dokładnością. „Teraz już systematycznie sztukasy bombardują rejon Rynku od 8.00 do 20.00 – wspominała Wiesława Gliszczyńska »Sławka« – co kwadrans, cztery razy na godzinę. Lecą trzy samoloty i zniżają się nad domem, spuszczają trzy bomby i odlatują. Już wiadomo, który dom będzie bombardowany, niszczą po kolei”.
Niemiecki ład operacyjny miewał jednak pewne plusy, ponieważ poza głównymi liniami ataku najeźdźca prowadził powtarzalne demonstracje siły. Polacy szybko odkryli ten bardzo przewidywalny harmonogram działania. Każdego dnia po południu pod Plac Zamkowy podjeżdżały „jakieś czołgi, które z niemiecką systematycznością” zasypywały barykadę pociskami. Pozwoliło to obrońcom zdobyć hitlerowski transporter gąsienicowy. Wykorzystano „niemiecki rozkład jazdy” do udanej zasadzki, a opanowany pojazd „ustawiono na Dziekanii, pod dzwonnicą Katedry św. Jana, wzmacniając tam barykadę”. Maszyna pozostała tam do momentu odwrotu z pozycji.
Przejęcie pancernego wozu uśpiło jednak czujność obrońców, wywołując u nich powszechną brawurę. Pomiędzy oddziałami bezustannie krążyły opowieści o maszynach zdobytych przez batalion „Parasol” na Woli. To sprawiło, że walczący na Starówce żołnierze ogromnie pragnęli zaliczyć identyczny wyczyn.
„Pogoda była piękna, słoneczna – wspominał porucznik Zbigniew Blichewicz »Szczerba«. – Stałem i z rozkoszą wdychałem rozgrzane sierpniowe powietrze. Ulice znów się zaludniły. Artyleria milczała. Balkon wychodził na Podwale. Gdy tak stałem, paląc papierosa, od strony Placu Zamkowego ukazał się nieduży czołg wielkości mniej więcej naszych przedwojennych tankietek TKS. Wewnątrz siedziała nasza załoga, a okrążało go kilkadziesiąt cywilnych osób, wiwatując rozradowanymi głosami. (…) Czołg był teraz niemal pod moim balkonem i skręcił w Wąski Dunaj, kierując się w stronę Rynku”.
Rano barykadę na Podwalu ostrzelały dwie niemieckie maszyny, a następnie podjechała tam mała tankietka. Trafiona benzyną szybko zapłonęła, więc obsługujący ją żołnierz uciekł. Polacy ugasili płomienie i dostrzegli pustą kabinę. Szef tego sektora, kapitan Ludwik Gawrych, zabronił ludziom dotykać znaleziska. Zażądał ekspertyzy fachowca, jednak przydzielony pirotechnik produkował granaty i mógł sprawdzić maszynę dopiero wieczorem.
W pobliżu zjawiła się nagle inna ekipa powstańcza, która samowolnie przejęła maszynę. Uruchomiony pojazd wjechał na ulice Starówki, budząc dookoła potężną euforię.
Najmniejszych obaw nie odczuwał też Blichewicz. „Jakoś nie zastanowiłem się, dlaczego szkopy opuścili czołg. Nawet mruknąłem jakąś uwagę, że dobrze, że się po trochu dozbrajamy. Nie chciało mi się schodzić z balkonu. Pozostałem jeszcze jakiś kwadrans i znowu zobaczyłem ów czołg, tym razem z drugiej strony balkonu. Na tle szarego budynku Ministerstwa Sprawiedliwości otaczał go już duży tłum. Radość była nieopisana”.
Wóz przemieszczał się trasami Starówki niemal cały dzień, by przed osiemnastą pokonać drobną przeszkodę na rogu Podwala i Kilińskiego. Maszynę powitała ogromna chmara widzów, ze szczególnym udziałem zachwyconych maluchów, które wyszły z podziemnych schronów.
Nikt nie rozpoznał zdobytego sprzętu, gdyż obrońcy Starego Miasta widzieli tę maszynę pierwszy raz w życiu. Triumfowano przy modelu Borgward B IV, będącym zdalnym ładunkiem do burzenia zapor, a zwyczajna nieświadomość tego faktu błyskawicznie przyniosła okrutny dramat.
Do wozu dążył wracający z pracy pirotechnik Witold Piasecki ps. „Wiktor”. Było za późno. Zbliżając się do przodu maszyny, mężczyzna nagle zauważył opadającą stamtąd ciężką metalową skrzynię.
„Czułem, że zaraz stanie się coś złego – wspominał po latach. – Przyspieszyłem kroku, wszedłem do bramy naszej kwatery przy Kilińskiego 3 i wtedy uderzyła mnie fala powietrza. Mój krok zmienił się w skok, upadłem w ogródku na podwórzu. W bramie szalało morze ognia. W bramie był skład butelek zapalających. Leżały też granaty przyniesione przez nas z wytwórni. Kijami i bosakami wyciągaliśmy całe jeszcze butelki i granaty ze strefy ognia. Złapałem kogoś z zegarkiem. Była 18.07”.
Niemcy dokonywali potwornych czynów, ale na przekór potocznym wersjom wcale nie zainicjowali tej rzezi przez sygnał radiowy. Czołg nie stanowił nafaszerowanej pułapki – wróg go zwyczajnie zostawił. W czasie wielogodzinnej przejażdżki to któryś z prowadzących bardzo nieumyślnie pociągnął dźwignię włączającą mechanizm zapalnika czasowego.
Następstwa detonacji okazały się potworne. Życie straciło tu aż trzystu zgromadzonych, wliczając dzieci, a masę rannych powiększył zapłon lokalnej zbrojowni. Wiatr z ogromną siłą wyrywał balkony, okna oraz wszelkie ościeżnice.
„Niesamowity huk, zaczęły walić się domy – opowiadała sanitariuszka Barbara Korpal. – Na szczęście nam nic się nie stało. Otrzepujemy się z kurzu, biegniemy na piętro, bierzemy torby sanitarne i wybiegamy na ulicę Kilińskiego, a tu istna jatka. Ciała ludzkie porozrywane wiszą na parapetach, walają się po jezdni, dziesiątki ludzi wije się z bólu i umiera. Nie wiadomo, kogo ratować. Ranni, poparzeni, oślepieni – wloką się w różne strony, słychać już nie płacz, lecz potężny ryk. Mężczyzna zupełnie bez ubrania, wygląda jakby ktoś umyślnie skórę z niego ściągnął, tak poparzony. Twarzy właściwie nie ma, wszystko zwęglone. Istota ta jest jeszcze żywa, na czworakach gdzieś jeszcze się chowa i wyje”.
Masakrę przetrwał jeden z bezpośrednich winowajców – powstaniec nawigujący pojazdem po Starówce. Ustalenie jego danych pozostaje dzisiaj bezcelowe. Mężczyzna doświadczył absolutnego piekła, uświadamiając sobie jak monstrualną tragedię nieświadomie sam zainicjował swoimi rękami.
„Wracałyśmy stamtąd nieprzytomne od odoru krwi i od wrażeń – wspominała łączniczka Barbara Bobrownicka.
– W pewnym momencie widzimy: idzie chłopak po ulicy i śpiewa – upił się.
– Takie nieszczęście – mówię – a ty poszedłeś się upić.
– Bo ja jechałem na tym czołgu i poszedłem na chwilę na kawę.
Takie było jego przeznaczenie: tylko on wyszedł z tego czołgu, a jego koledzy zginęli”.
Ogromny żal targał również porucznikiem Blichewiczem. Dowodząc batalionem, mógł zablokować wóz swoim ludziom aż do przyjścia fachowca od ładunków. Tego potwornego zaniedbania do samego końca nigdy nie potrafił wybaczyć samemu sobie.
Uciekający z Warszawy najeźdźca zostawił po sobie dziesiątki Borgwardów, przy czym wiele sztuk stale zawierało potężne ukryte pociski. W sierpniu po wojnie złomiarze rozcinali taki porzucony sprzęt na ulicy Stawki, nieświadomie wywołując kolejny wybuch z użyciem gorącego palnika. Ucierpiało trzydzieści osób, a pękająca ziemia rozerwała dziurę o wymiarach kilkunastu metrów.
Za pośrednictwem publikacji „Powstanie Warszawskie. Między faktami a legendą”, Sławomir Koper oraz Tymoteusz Pawłowski pragną pokazać czystą twarz batalii. Autorzy perfekcyjnie rozdzielają wyssane z palca osądy społeczeństwa na temat starć od ich autentycznych detali.
Pisarze doskonale opisują wojenne powody ataku, uwydatniając opuszczenie nas przez obce państwa i propagandowy zakłamany wpływ władz ZSRR po zakończeniu wojny. Publikacja porusza ogromne spektrum walk, opcje podyktowania rozejmu lub żądania od potęg alianckich pełnego upadku armii Hitlera. Literatura bogata w mapy obszarów bitewnych działa jak hołd dla powstańców, budząc wielkie zaufanie i wsparcie dla poznania potwornych konsekwencji decyzji walczących bohaterów.