"Charlie Puth powinien być większym artystą" - deklarowała w 2024 roku na swoim krążku "The Tortured Poets Department" Taylor Swift. Amerykański wokalista, autor takich hitów jak "Attention" czy "See You Again", po 11 latach od debiutu zawitał w końcu do Polski. Nasz kraj był ostatnim, 48. przystankiem europejskiej części trasy koncertowej "Whatever's Clever!".
Charlie Puth gwiazdą Letniej Sceny Progresji
Na potrzeby nowej muzycznej ery Charlie wcielił się w profesora Putha, a jego koncert spokojnie można by nazwać lekcją muzyki - porywającą i inspirującą. Artysta chętnie opowiadał o procesie powstawania poszczególnych piosenek. Wyjawił, że nie lubi pisać tekstów w ciszy, bo czuje się wtedy, jakby odrabiał pracę domową, jak również, że każdy utwór działa dla niego jak wehikuł czasu. Piosenkarz doskonale pamięta zapach pokoju, w którym pisał dany kawałek, towarzyszące mu wtedy emocje i przemyślenia. Zapewnił też, bazując na swoim doświadczeniu, że muzyka to najpiękniejsza rzecz na świecie oraz że jego celem jest przede wszystkim inspirowanie innych, z naciskiem na muzyków. Tworzenie kawałków umożliwiło Charliemu eksplorowanie miejsc, do których w innym wypadku nigdy by nie dotarł. Do grona odwiedzonych przez niego krajów dołączyła wreszcie Polska, którą - jak zapewnił - również zdążył się zainspirować.
To najlepszy sposób na zakończenie tej trasy! Czuję się zainspirowany! - krzyczał ze sceny.
Charlie docenił naturę, możliwość grania podczas zachodu słońca i publiczność, która przyjęła go z ogromnym entuzjazmem. Piosenkarz nie zszedł ze sceny z gołymi rękoma. Jedna z fanek przygotowała ręcznie szytą lalkę z podobizną idola.
Charlie Puth zachwycił publiczność
Charlie, czego mogli by się uczyć od niego inni "profesorowie", to prawdziwy pasjonat sztuki, którą wykłada. Artysta jest w doskonałej formie wokalnej i czerpie ogromną przyjemność z występów na żywo. Wie, po co wychodzi na scenę i czego oczekują jego fani. Nie stoi też w miejscu, odcinając kupony od dawnej popularności. Setlista, oprócz największych hitów, zawierała także sporo nowości. Puth pozwalał sobie na liczne wokalizy, a na scenie towarzyszył mu kilkuosobowy zespół chórzystów - perfekcyjnie brzmiących, zsynchronizowanych i dopełniających całość. To był naprawdę świetny, można by powiedzieć, że festiwalowy set.
Puth jest kopalnią hitów i jednym z ważniejszych artystów swojego pokolenia. Być może nie przez wszystkich kojarzony z imienia i nazwiska, a szkoda, ale mający na swoim koncie utwory, które definiują dany okres w popkulturze. Żegnając się, zapewnił, że zobaczy się z nami wkrótce. Trzymamy go za słowo! W takich koncertach, gdzie pierwsze skrzypce gra muzyka, chce się po prostu uczestniczyć jak najczęściej.