Spis treści
Niewielu jest w świecie muzyki pop mężczyzn, którzy mogą pochwalić się takim statusem, co Harry Styles. Nic więc dziwnego, że gdy artysta zapowiedział nowy materiał, oczekiwania były ogromne. Tym bardziej że poprzednia płyta Brytyjczyka, "Harry’s House", zapewniła mu nagrodę Grammy w kategorii Album Roku, a pochodzący z niej singiel "As It Was" zapisał się na kartach historii współczesnej popkultury jako jeden z największych hitów XXI wieku. Najprawdopodobniej nagranie tylko tego jednego utworu ustawiłoby Stylesa finansowo do końca życia.
Jakież więc było zaskoczenie wszystkich, gdy w erze piosenek trwających niespełna trzy minuty, Harry wypuścił "Aperture". To eksperymentalny, pulsujący od pierwszych sekund i trwający ponad pięć minut numer, niemający w sobie takich pokładów radiowej hitowości, co poprzednie kawałki, ale działający jak pierwszy wdech świeżego powietrza po opuszczeniu ciasnego, przeludnionego klubu. W moim odczuciu tak właśnie na swojej ostatniej płycie "Radical Optimism" chciała brzmieć Dua Lipa.
Disco? Sporadycznie!
Fani, którzy liczyli na kolejnego bangera w postaci "As It Was", mogli poczuć się niepocieszeni. Singiel zaliczał wzloty i upadki na globalnej liście Spotify. Jeśli będziemy oceniać "Kiss All The Time. Disco, Occasionally" wyłącznie w kategoriach radiowego popu, to nie, nie znajdziemy tu takich evergreenów, jak na "Harry’s House" czy "Fine Line". Nie oznacza to jednak, że Styles zawiódł i powrócił z marnym materiałem. Wręcz przeciwnie. To solidny, dojrzały projekt. Prawdopodobnie najdojrzalszy w jego karierze.
Brzmieniowo taneczne "Aperture" mogło, ale wcale nie musiało okazać się zmyłką. W końcu tytuł krążka to "Kiss All The Time. Disco, Occasionally", a nie "Disco All The Time. Kiss, Occasionally". Niemalże każda z piosenek zamieszczonych na albumie bazuje na basach, perkusji i syntezatorach. Bity są soczyste i rytmiczne, ale nie powtarzalne. Harry, choć szpera w dobrodziejstwach lat osiemdziesiątych, nie serwuje kolejnej "ejtisowej", przemielonej przez dziesiątki innych artystów papki. Najwięcej tytułowego disco dostajemy chyba w funkowym "Dance No More”, w którym groove idealnie łączy się z chórem.
"Kiss All The Time. Disco, Occasionally" to pierwsza płyta Harry’ego, na której pierwszych skrzypiec nie gra jego wokal. Momentami jest on schowany gdzieś w tle, przykryty syntezatorami, wpleciony w linię melodyczną tak, jakby stanowił jedynie dodatek do całości. Najmocniej wybija się on w balladach, takich jak "Coming Up Roses" i "Paint By Numbers".
Katharsis na parkiecie
Zamiast zabawy, sporo na tej płycie romantycznego niepokoju i próby odnalezienia swojego miejsca w świecie. Artysta kładzie nacisk na życie uczuciowe, potrzebę bycia w relacji, ale też dylematy z nią związane, miłosne rozterki i uderzenia w ego. Ten niepokój, przemieszany ze złością, chwilami smutkiem, tęsknotą, ale i nadzieją, słychać w "Season 2 Weight Loss", "Pop", "Carla’s Song" oraz rozdzierającym serce, ale w cichy, refleksyjny sposób "The Waiting Game" - bez wątpienia najjaśniejszych momentach albumu.
Nowym wydawnictwem Harry nie tylko ugruntowuje swoją pozycję w popie, udowadniając - wbrew powszechnie panującej wśród "stan Twittera" opinii - że od mężczyzn w muzyce też można wymagać czegoś więcej. Pozwala nam poznać siebie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.