Tragiczny pożar w kurorcie Crans-Montana
Zespół BBC Verify zweryfikował zdjęcia udostępnione przez internautów z adnotacjami, że wykonano je mniej więcej w momencie, gdy wybuchł tam pożar (dostępne tutaj). Kilka szczegółów na zdjęciach odpowiada starszym fotografiom wnętrza baru, w tym dekoracje na ścianach oraz miejsca położenia rur.
Na pierwszym zdjęciu widać kilka osób trzymających w górze butelki szampana z przytwierdzonymi płonącymi zimnymi ogniami oraz coś, co wygląda na płomienie na suficie. "Przeanalizowaliśmy zdjęcie czterema narzędziami AI i żadne z nich nie wykazało manipulacji przy użyciu sztucznej inteligencji, choć jedno wskazało na edytowanie" - napisał zespół BBC Verify.
Na drugim zdjęciu widać osobę w czarnej sukience bez rękawów i w kasku ochronnym na głowie, która siedzi na ramionach innej osoby w masce. Obie osoby trzymają uniesione do góry butelki szampana z płonącymi zimnymi ogniami. Także w przypadku tej fotografii żadne z trzech użytych narzędzi AI nie wykazało manipulacji, choć jedno wskazywało na edycję.
Dramatyczna relacja świadka
- Przyjechaliśmy (do Crans-Montana - red.) z kolegami na sylwestra. Byliśmy pod barem Le Constellation zanim doszło do tej tragedii. Chcieliśmy tam wejść, ale spotkaliśmy grupę Szwajcarów, którzy namówili nas, byśmy poszli do innego lokalu. Zgodziliśmy się, ale tamten bar nam się nie spodobał i dlatego postanowiliśmy wrócić tutaj - powiedział z rozmowie z PAP Flavio, młody Włoch Flavio polskiego pochodzenia, podczas rozmowy w pobliżu miejsca tragedii.
- Kiedy tam dotarliśmy, zobaczyliśmy ogień, makabryczne sceny. Widziałem i słyszałem, jak młode dziewczyny wzywały pomocy. Zaraz potem przyjechała straż pożarna i pogotowie. To, co zobaczyłem, to było coś strasznego. Ludzie leżeli na ziemi, potwornie poparzeni, bez kawałków skóry - relacjonował. Jak dodał, "niektórzy byli w tak strasznym stanie, że nie można było ich rozpoznać".
Część osób na zewnątrz chciała pomóc, ale "nie można było podejść pod bar, bo był ogromny dym i jeszcze dużo ognia, to było zbyt niebezpieczne" - dodał Flavio, mieszkający w miejscowości Bracciano pod Rzymem. - Nie było nic widać wewnątrz baru. A przed ludzie krzyczeli, płakali, rozpaczali - wspomniał. - Trudno mi sobie uświadomić, że mogłem być w tym barze. Przyjechaliśmy tu, bo nasz kolega ma obok dom, a nagle znaleźliśmy się w środku nieszczęścia - powiedział.