Spis treści
- Trzęsienie ziemi w Turcji i Syrii początkiem inicjatywy
- Paulina Kuntze dzwoni w nocy do Przemysława Rembielaka
- Pierwsza misja polskiej grupy w Aleppo
- Białe Hełmy i praca w ponad czterdziestostopniowym upale
- Polacy weryfikują potencjał psów ratowniczych
- Przemysław Rembielak podkreśla znaczenie partnerstwa
- Zmiany polityczne po upadku Baszara al-Asada
- Paulina Kuntze szuka analogii w polskiej historii
- Miliardowe koszty odbudowy syryjskich miast
- Rembielak obserwuje zmianę podejścia Syryjczyków do psów
- Paulina Kuntze i zbiórka funduszy na rozwój systemu
- Trwa zbiórka funduszy na rzecz psów ratowniczych w Syrii
- Przemysław Rembielak planuje wizytę Syryjczyków w Polsce
- Nowe wyzwania dla organizacji po wojnie domowej
- Polskie doświadczenia służą rozwojowi syryjskiego ratownictwa
Obecnie wolontariusze z naszego kraju aktywnie wspierają syryjskich partnerów w formowaniu profesjonalnych struktur K9. Polakom nie zależy na kopiowaniu zachodnich rozwiązań i przenoszeniu ich bezpośrednio na grunt bliskowschodni. Celem przedsięwzięcia jest wyedukowanie lokalnych instruktorów, którzy w przyszłości będą w stanie samodzielnie przygotowywać zwierzęta do pracy. W rzeczywistości państwa podnoszącego się po upadku reżimu Baszara al-Asada, inicjatywa ta wpisuje się w szeroki kontekst narodowej odbudowy.
Sierpniowe popołudnie w Poznaniu. Ciepło, herbata, budynki Ochotniczej Straży Pożarnej przy jednostce ratowniczo-gaśniczej nr 4. Z pozoru bliskowschodnie państwo wydaje się stąd niezwykle odległe. Mimo to w stolicy Wielkopolski znajduje się centrum koordynacyjne przedsięwzięcia wspierającego mieszkańców Aleppo.
Poznańska jednostka od dwudziestu pięciu lat specjalizuje się w szkoleniu zwierząt poszukiwawczych, trenując zarówno doświadczone czworonogi, jak i młode szczeniaki. Wypracowane przez dekady procedury oraz bogata wiedza merytoryczna stanowią teraz fundament dla formowania syryjskich zespołów ratowniczych. Wcześniej tego typu sformalizowane grupy na tamtym terenie praktycznie nie funkcjonowały.
„Moje OSP, Grupa Ratownictwa Specjalistycznego w Poznaniu, zajmuje się psami ratowniczymi od ćwierć wieku. Tylko tym. Nie gasimy pożarów, zajmujemy się tego typu ratownictwem i wspieramy grupę poszukiwawczo-ratowniczą właśnie w dziedzinie psów” — mówi Przemysław Rembielak, doświadczony funkcjonariusz. Mężczyzna w przeszłości organizował podobne struktury nie tylko w potransformacyjnej Polsce, ale również na terytorium Sudanu Południowego.
Głównym kooperantem polskiej ekipy na Bliskim Wschodzie jest Syria Civil Defence, znana szerzej jako Białe Hełmy. Ta ochotnicza formacja, ratująca cywilów podczas bombardowań, w czerwcu 2025 roku zadecydowała o włączeniu w struktury administracji państwowej. Kompetencje z zakresu zarządzania kryzysowego trafią do odpowiedniego ministerstwa, by ujednolicić procedury reagowania w całym kraju. Integralną częścią nowo powstającego systemu będą wyspecjalizowane zespoły przewodników z psami, a w ich przygotowaniu kluczową rolę odgrywają specjaliści z Polski.
Trzęsienie ziemi w Turcji i Syrii początkiem inicjatywy
Geneza całego projektu nie wiąże się jednak ani z Wielkopolską, ani z głównym ośrodkiem miejskim północnej Syrii, lecz z wydarzeniami z lutego 2023 roku. Wtedy to obszar pogranicza turecko-syryjskiego nawiedziły bezprecedensowe wstrząsy sejsmiczne, z których pierwszy osiągnął siłę 7,8 w skali Richtera. Kolejne, równie silne ruchy tektoniczne oraz setki mniejszych drgań doprowadziły do gigantycznych zniszczeń na rozległych terytoriach obu państw.
Światowa Organizacja Zdrowia dwanaście miesięcy później opublikowała tragiczny bilans kataklizmu. Żywioł pochłonął łącznie ponad 59 tysięcy ofiar śmiertelnych, z czego około 8,5 tysiąca zginęło na terytorium Syrii. Liczbę poszkodowanych, którzy odnieśli obrażenia, szacowano w dziesiątkach tysięcy.
Dane dostarczone przez Organizację Narodów Zjednoczonych wskazywały na około sześć tysięcy zgonów oraz blisko 13 tysięcy rannych w samej Syrii. Kataklizm uderzył w kraj potwornie wykrwawiony wieloletnim konfliktem zbrojnym, zapaścią ekonomiczną oraz gigantycznymi migracjami wewnętrznymi. Według statystyk ONZ na terenach dotkniętych wstrząsami przebywało wówczas niemal 8,8 miliona osób, a pierwsze dni po tragedii były wyjątkowo dramatyczne.
Tureckie władze mogły liczyć na błyskawiczne wsparcie zagranicznych grup poszukiwawczych dysponujących zaawansowanym sprzętem i psami. Po syryjskiej stronie granicy sytuacja wyglądała zgoła inaczej, a możliwości prowadzenia akcji ratunkowych były drastycznie ograniczone.
Paulina Kuntze, działaczka społeczna z Poznania mocno zaangażowana w sprawy bliskowschodnie, osobiście obserwowała te drastyczne różnice w dostępności pomocy.
„W czasie, kiedy było trzęsienie ziemi w Turcji, oczywiście, byłam na miejscu i pomagałam swoim przyjaciołom. Tam zrodził mi się pomysł tego, że po drugiej stronie granicy, tuż obok, czyli po stronie syryjskiej, nie ma takiego wsparcia, jeśli chodzi o sprzęt, ludzi itd., gdzie po tej tureckiej stronie praktycznie cały świat się zleciał” — relacjonuje wolontariuszka. Uderzająca dysproporcja stała się dla niej impulsem do działania.
Kobieta od kilkunastu lat utrzymywała silne więzi z bliskowschodnim państwem, angażując się w obronę praw człowieka i organizację wsparcia humanitarnego. Po wystąpieniu niszczycielskich wstrząsów sejsmicznych wyruszyła na miejsce tragedii, by pomóc swoim bliskim znajomym, nie reprezentując w tym czasie żadnej wielkiej instytucji pomocowej.
„Przez wiele, wiele lat jestem wolontariuszką, działaczką społeczną, aktywistką, jakkolwiek by tego nie nazwać, związaną z prawami człowieka, ja to nazywam pro-człowiecznym działaniem. (…) Wtedy leciałam po prostu do moich przyjaciół, którzy stracili w tym trzęsieniu ziemi bliskich” — wyjaśnia poznańska aktywistka.
Na witrynie poświęconej zbiórce funduszy aktywistka tłumaczy, że ogromna determinacja lokalnych ratowników nie mogła zrekompensować braków w wyposażeniu. Niezbędne okazało się wsparcie wykwalifikowanych czworonogów, co bezpośrednio zainicjowało powołanie przedsięwzięcia K9 NosePrint Project Syria.
Paulina Kuntze dzwoni w nocy do Przemysława Rembielaka
Poznańska aktywistka rozpoczęła poszukiwania krajowych ekspertów potrafiących zbudować tego typu ratowniczą strukturę. Dzięki rekomendacji wspólnego znajomego zdobyła kontakt do Przemysława Rembielaka i mimo późnej pory zdecydowała się nawiązać połączenie.
„Dostałam ten numer i naprawdę późnym wieczorem zdecydowałam się, że dzwonię do tego faceta. Zadzwoniłam, Przemek odebrał i przez bite pół godziny opowiadałam mu o tym, kim jestem, co robię, gdzie jestem, jakie widzę potrzeby. I ten człowiek ze stoickim spokojem, zupełnie obcej osobie, z tą chaotyczną moją wypowiedzią, z którą musiał się pewnie zmierzyć, odpowiedział mi: słuchaj, ja w to wchodzę, ale to jest bardzo, bardzo wymagająca i ciężka praca” — opowiada inicjatorka akcji.
Strażak z Poznania od razu postawił sprawę jasno, uświadamiając rozmówczyni, że efekty nie przyjdą natychmiast.
„Musisz zrozumieć to, że praca z psem i tworzenie czegoś takiego od podstaw to są lata” — podkreślił ratownik, studząc początkowy zapał do błyskawicznych rezultatów.
Dla kobiety nawykłej do funkcjonowania w warunkach permanentnego kryzysu i wymagających natychmiastowych interwencji, taka perspektywa stanowiła zupełnie nieznane podejście.
„I wtedy mi się to otworzyło, że okej, ja jestem gotowa na działania szybkie, rozwiązania, bo w takich warunkach przyszło mi pracować. Natomiast po tym, co Przemek mi powiedział wtedy, wzruszyłam się bardzo i jak odłożyłam telefon, to się popłakałam, bo ten człowiek mi zaufał, zupełnie obcej osobie” — wyznaje szczerze Paulina Kuntze, wspominając tamtą rozmowę.
Z czasem wyszedł na jaw niespodziewany zbieg okoliczności. Oboje inicjatorzy wychowali się w tej samej południowej części stolicy Wielkopolski, na Dębcu. Globalna opowieść o wsparciu dla zrujnowanych terenów zyskała tym samym zaskakująco lokalny, sąsiedzki wymiar.
Pierwsza misja polskiej grupy w Aleppo
Po przeszło dwudziestu czterech miesiącach od tragicznych wstrząsów, w sierpniu 2025 roku, autorom koncepcji udało się zorganizować pionierski wyjazd edukacyjny. Do zespołu dołączył Krystian Faltyn, wykwalifikowany medyk i ratownik górski, posiadający rozległą praktykę w działaniach z czworonogami w ramach GOPR-u. Areną inauguracyjnych ćwiczeń stały się zniszczone budynki w syryjskim Aleppo.
Zrujnowana aglomeracja, będąca niegdyś areną najcięższych walk w czasie konfliktu, stanowiła idealne wręcz odwzorowanie realnych warunków akcji. To właśnie wśród tych zgliszcz przyszli miejscowi przewodnicy uczyli się, jak naprowadzać zwierzęta na ludzki ślad w zwałach gruzu.
W tych pionierskich warsztatach terenowych uczestniczyła kilkunastoosobowa grupa kandydatów na przewodników z ramienia tamtejszej obrony cywilnej wraz ze swoimi psami. Priorytetem dla europejskich wolontariuszy na tym etapie była dogłębna analiza sytuacji: weryfikacja umiejętności zwierząt, ocena predyspozycji ludzi oraz przegląd dostępnego zaplecza technicznego i organizacyjnego.
„Assessment (ang. - ocenę sytuacji. Przyp.red) robi się na każdej misji jako krok pierwszy. Zdiagnozuj, co jest grane, przygotuj do tego plan i potem realizuj. My tu polecieliśmy, żeby zdiagnozować, co jest grane, to znaczy co jest, czego nie ma, jak to wygląda, ilu ludzi, jakie miejsca, warunki, co wiedzą, czego nie mają” — relacjonuje jeden ze szkoleniowców.
Lokalni ratownicy oczekiwali jednak zupełnie innej dynamiki pracy podczas pierwszych godzin wizyty. Zależało im na błyskawicznym rozpoczęciu ćwiczeń praktycznych, czemu towarzyszyła lawina pytań merytorycznych.
„Od pierwszego spotkania po przyjeździe oni byli nastawieni: kiedy zaczynamy trening? To znaczy za 20 minut czy za pół godziny, nie jutro, pojutrze czy za tydzień” — wspominają instruktorzy z Polski.
Przemysław Rembielak przyznaje, że ogromne zaangażowanie i chęć do nauki prezentowane przez gospodarzy były dla polskiej delegacji potężnym bodźcem.
„Ta siła z ich strony, nie perswazji, to była moc taka, emanowali energią: robimy i nie oczekujemy wytłumaczeń ani wykrętów” — podkreśla ekspert ds. ratownictwa, doceniając postawę kursantów.
Białe Hełmy i praca w ponad czterdziestostopniowym upale
Warunki atmosferyczne były mordercze, a temperatura w zacienionych miejscach przekraczała 40 stopni Celsjusza. Chociaż dochodziła godzina dziewiętnasta, miejscowi kursanci nie wykazywali najmniejszych chęci do zakończenia zajęć.
„Czterdzieści kilka stopni z nieba w cieniu, bardzo ciężkie warunki, mimo że już zbliżał się wieczór, a koledzy mówią: a jeszcze to, a jeszcze jedno pytanie, a słuchaj, jak z tym? To się nie kończyło, to znaczy oni najchętniej 24 godziny by nas mieli i tam maglowali, żeby wyciągnąć jak najwięcej” — opowiada członek polskiej misji.
Dla doświadczonego wielkopolskiego strażaka ta niepohamowana żądza wiedzy i chęć działania stały się symbolem pobytu na Bliskim Wschodzie.
„Dumni, z dokonaniami, pełni energii, cały czas głodni edukacji, nienasyceni nowymi informacjami, chętni. To właśnie tworzy to, co nazywam »kręgosłupem ratowniczym«. Oni mają bardzo mało i widzą, czemu ma to służyć, w związku z tym są tak głodni, tak energiczni, tak pełni poświęcenia, że w tym upale 40 paru stopni byli w stanie pracować przez 23 godziny na dobę. Oczywiście nie powinni i psy nie powinny, więc my hamowaliśmy, robiliśmy przerwy” — wyjaśnia ekspert, zwracając uwagę na konieczność narzucania uczestnikom rygoru odpoczynku.
Kandydaci biorący udział w szkoleniu dysponowali już ogromnym bagażem doświadczeń, nabywanym w najtrudniejszych z możliwych warunków, gdy zniszczenia były efektem celowych nalotów. Zetknięcie się z ich profesjonalizmem wywarło na polskim ratowniku ogromne wrażenie, co podkreślał w swoich wypowiedziach.
„To jest pierwsza liga światowa. Jeszcze nie teraz, nie w pełni, ale będzie, bo oni mają etos, kręgosłup ratowniczy, mają coś, czego nie da się kupić” — ocenia bez cienia wątpliwości polski instruktor.
Polacy weryfikują potencjał psów ratowniczych
Jedno z kluczowych doświadczeń podczas debiutanckiej wizyty wiązało się bezpośrednio z samymi zwierzętami. Lokalni ratownicy posiadali już własne czworonogi, jednak stosowane przez nich techniki szkoleniowe okazały się błędne. U zwierząt, które początkowo przedstawiano jako elitę grupy, zaobserwowano nawyki niepożądane w profesjonalnym ratownictwie.
W dalszej kolejności zaprezentowano ekspertom z Europy psy oceniane przez miejscowych jako najsłabsze ogniwa zespołu.
„Psy odsunięte, taka szósta liga, osiemnasty rząd w kinie. Labradory. Oni mówili: nie, te to nic nie umieją, do niczego się nie nadają, one nam na razie tylko są” — wspomina instruktor z Polski reakcję miejscowych na część swoich zwierząt.
Polscy eksperci z uporem dążyli do zweryfikowania umiejętności tej odrzuconej grupy zwierząt.
„I okazało się, że te, które nic nie robią, nic nie umieją, rokują, zachowują się w taki sposób, jakiego byśmy oczekiwali przy szkoleniu” — relacjonuje szkoleniowiec, wskazując na błędną selekcję przeprowadzoną przez gospodarzy.
Dzięki temu możliwe było wprowadzenie tych zwierząt do regularnych ćwiczeń i zademonstrowanie miejscowym odmiennego podejścia do pracy z psem.
„Nie przez tłumaczenia i przekonywanie, tylko przez pokazanie: ten pies działa tak, a zobaczcie tego. Oni sami sobie porównali, w którą stronę się idzie, jak to być powinno i przestawili sobie punkt widzenia: aha, czyli w zasadzie to my skręciliśmy nie w tę stronę” — tłumaczą polscy wolontariusze.
Ta krótka anegdota doskonale obrazuje główną metodykę i założenia całego przedsięwzięcia edukacyjnego.
Przemysław Rembielak podkreśla znaczenie partnerstwa
Polski ekspert stanowczo unika sformułowania mówiącego o „szkoleniu” miejscowych służb. Taki dobór słów nie wynika z braku transferu wiedzy, lecz z chęci zachowania odpowiedniego, równego dystansu w relacjach dwustronnych.
„Pomoc rozwojowa polega na tym, że partnerowi oferuje się pomoc, ale on wybiera te rzeczy, które mu pasują, te elementy, które będzie mógł adoptować do siebie, a nie forsuje się, wciska na siłę swoją wersję” — argumentuje doświadczony strażak.
Chwilę później instruktor doprecyzowuje swoje podejście do prowadzonych działań:
„To partnerstwo, a nie szkolenie. Ja celowo tak mówię. My ich nie szkolimy, my im podpowiadamy, my im sugerujemy, my im pokazujemy, demonstrujemy, a oni mówią: aha, to mnie przekonuje, bo to działa” — zaznacza koordynator misji, stawiając na współpracę zamiast narzucania woli.
Taka forma kooperacji ma fundamentalne znaczenie w państwie, które przez dekadę doświadczało interwencji obcych wojsk, obcych wywiadów i przeróżnych projektów zewnętrznych darczyńców.
Inicjatywa ratownicza opiera się na zgoła odmiennym mechanizmie. Autorzy projektu stawiają na prezentację sprawdzonych w Europie metod, pozostawiając bliskowschodnim partnerom pełną decyzyjność w zakresie wdrażania poszczególnych rozwiązań na własnym terenie.
„Trudno jest w innym języku, w innej części świata, w innej kulturze, w innej religii kogoś przekonać. Ale w świecie ratowniczym nie trzeba, bo to jest otwarta oferta, czyli: my to robimy tak, ja to tak robię i zobacz, jak to działa. A w tym momencie odbiorca sam zdecyduje, czy chce to wziąć i naśladować, czy odrzuca” — konkluduje Przemysław Rembielak.
Zmiany polityczne po upadku Baszara al-Asada
Gdy europejscy specjaliści inaugurowali współpracę, sytuacja geopolityczna w państwie diametralnie różniła się od tej z początku 2023 roku. Grudniowa ofensywa zbrojna doprowadziła do ostatecznego załamania się dyktatury Baszara al-Asada po tym, jak jednostki opozycyjne przejęły kontrolę nad stolicą.
Ten przełomowy moment zamknął wielodekadowy okres dominacji klanu Assadów oraz kilkunastoletni krwawy konflikt, zapoczątkowany stłumieniem rewolty w 2011 roku. Początek 2025 roku przyniósł nominację Ahmeda al-Sharaa na stanowisko prezydenta tymczasowego, a w kolejnych miesiącach uformowano nową administrację rządową, zapowiadając kilkuletni marsz ku wolnym wyborom. Rekonstrukcja zniszczonych struktur publicznych ruszyła z miejsca, choć pozostaje wyzwaniem niezwykle skomplikowanym.
Społeczeństwo wciąż boryka się z podziałami, kwestiami bezpieczeństwa mniejszych grup etnicznych i rozliczeniami zbrodni z przeszłości. Proces konsolidacji terytorialnej przybiera jednak na sile, czego dowodem jest letnia decyzja z 2026 roku o rozwiązaniu kurdyjskich formacji zbrojnych i włączeniu ich w skład regularnej armii narodowej. Był to kluczowy krok w przywracaniu jednolitości władzy na terytorium całego państwa.
Proces normalizacji obejmuje również relacje zagraniczne. Wiosną 2025 roku Wspólnota Europejska złagodziła restrykcje ekonomiczne względem Damaszku, utrzymując jedynie sankcje personalne wobec przedstawicieli obalonego reżimu. Rok później władze w Brukseli przywróciły obowiązywanie traktatów o współpracy, co ma stymulować wymianę handlową i powrót kraju na rynki globalne.
Paulina Kuntze szuka analogii w polskiej historii
Aktywistka odwiedziła Bliski Wschód po definitywnym zakończeniu rządów poprzedniej władzy. Opisując aktualny stan państwa, dostrzega wyraźne podobieństwa do przełomowych momentów z polskiej przeszłości.
„Ja bym połączyła dwa takie tematy historyczne z Polski, czyli tuż po drugiej wojnie światowej i odzyskiwanie naszej wolności w 1989 i transformacja. To jest tak jakby zebrać te dwa momenty historyczne — to jest teraz Syria” — tłumaczy Paulina Kuntze.
Rzeczywistość łączy tam niewyobrażalną dewastację z nagłą transformacją ustrojową i optymizmem co do przyszłości. Spacerując po ulicach Damaszku, kobieta na własne oczy widziała połacie miasta zrównane z ziemią w stopniu trudnym do pojęcia.
„Jest taka dzielnica, w której jedzie się przez dwa bite kilometry i po prostu jest płaski horyzont, nie ma absolutnie ani jednego budynku, bo wszystko, całe, całe dzielnice… To tak jakbyśmy jechali tu z perspektywy Poznania przez całą Wildę, cały Grunwald, który byłby totalnie płaski” — relacjonuje wolontariuszka.
Jednakże zaraz potem dodaje, że istnieje też zupełnie inne oblicze tamtejszej codzienności:
„Są też takie widoki, gdzie już to życie wkracza, już zaczynają to przemalowywać, odbudowywać, starać się sprzątać ulice, drogi” — wskazuje aktywistka, widząc pierwsze symptomy powracającej normalności.
Ten drugi aspekt doskonale odzwierciedla determinację do odbudowy, na którą wcześniej zwracał uwagę również wielkopolski strażak.
Miliardowe koszty odbudowy syryjskich miast
Wielkość strat infrastrukturalnych została przynajmniej szacunkowo skalkulowana przez międzynarodowe instytucje finansowe. Według analiz Banku Światowego z 2025 roku, wartość fizycznych zniszczeń z lat 2011-2024 opiewa na zawrotną kwotę około 108 miliardów dolarów amerykańskich. Konflikt pochłonął blisko 30 procent majątku trwałego, jakim państwo dysponowało przed wybuchem walk.
Koszty przywrócenia kraju do funkcjonalności Bank Światowy określił na minimum 216 miliardów dolarów, zaznaczając jednocześnie, że w wariancie pesymistycznym suma ta może wzrosnąć nawet do 345 miliardów. Największe zniszczenia dotknęły kluczowe aglomeracje, w tym Aleppo, obszary wokół Damaszku oraz Homs. Szacowana wartość odbudowy to w przybliżeniu dziesięciokrotność rocznego Produktu Krajowego Brutto z 2024 roku.
Równolegle państwo mierzy się ze zjawiskiem masowych powrotów, które wyprzedzają tempo fizycznej rekonstrukcji ośrodków miejskich. Do połowy 2026 roku, według statystyk oenzetowskiej agencji do spraw uchodźców, granice kraju przekroczyło blisko 1,67 miliona powracających z emigracji, a kolejne 1,9 miliona osób przemieściło się w obrębie państwa do swoich dawnych miejsc zamieszkania. Agendy międzynarodowe zwracają uwagę, że ten masowy ruch ludności odbywa się pomimo permanentnych problemów z dostępem do lokali mieszkalnych, pieniędzy oraz podstawowych świadczeń publicznych.
Rembielak obserwuje zmianę podejścia Syryjczyków do psów
Kooperacja z czworonogami wzbogaca całą inicjatywę o niezwykle istotny aspekt kulturowy. Wielkopolski strażak akcentuje, że w kręgach cywilizacyjnych Bliskiego Wschodu stosunek do tych zwierząt drastycznie odbiega od europejskich standardów.
„W tamtym rejonie świata pies jako zwierzę nie jest traktowany tak blisko, tak przyjaźnie jak w Polsce czy w Europie. U nas pies jest członkiem rodziny, mieszka w domu, traktuje się go z ogromną atencją, dba się o niego” — zauważa doświadczony ratownik.
Szybko jednak precyzuje swoją myśl: „Nie złe podejście, tylko inne. Więc rozumienie tego, co ten pies może zrobić dla ludzi, ile znaczy, to był pierwszy przełom”.
W toku zajęć doszło do zjawiska, które zadziwiło nawet polskich fachowców. Lokalni kursanci niespodziewanie zaczęli nawiązywać z czworonogami głębokie relacje emocjonalne, kluczowe w pracy ratowniczej.
„Jestem pod ogromnym wrażeniem, bo ci wszyscy kandydaci na przewodników, oni naprawdę, widać, że kochają te swoje psy. To nie było na pokaz. Dbają, zabiegają, bawią się z nimi, spędzają masę czasu. To już jest taka wersja, którą my znamy w Europie” — przyznaje z satysfakcją polski instruktor.
Przemianę mentalną doskonale obrazuje przypadek tłumaczki asystującej ekipie. Kobieta na początku współpracy otwarcie deklarowała strach przed zwierzętami i zachowywała daleko posunięty dystans. Z biegiem czasu jej stosunek zmienił się na tyle, że włączyła się w ćwiczenia odgrywając rolę osoby poszukiwanej.
„Kilka dni pobytu z nami przełamała się tak daleko, że zaczęła pozorować, zaczęła być pozorantką dla psów ratowniczych. Ona złamała wewnętrzną obawę. Ma to wielkie znaczenie” — relacjonuje Rembielak.
Jej entuzjazm okazał się zaraźliwy, gdyż po pewnym czasie na zajęciach pojawiły się jej znajome.
„Ona się teraz do psa przytula, w ogóle nie ma hamulców i mówiła tak szczerze: miałam ogromne obawy, jak padła propozycja tłumaczenia. Jak weszłam tu, trzymałam dystans. (…) A teraz mija kilka dni, ja siebie nie poznaję. Przyprowadziła dorosłe kobiety i pokazała im, co ona wyrabia z tymi psami. One nie wierzyły” – wspomina z uśmiechem polski koordynator.
Dzięki takim transformacjom europejski ekspert dostrzega znacznie szerszy potencjał dla powstającej komórki. Miejscowi ratownicy mogliby w przyszłości prowadzić zajęcia edukacyjne w placówkach oświatowych, ucząc najmłodszych właściwych interakcji ze zwierzętami i budując świadomość społeczną na temat ich użyteczności.
„Ja myślę, że ten element również tam powstanie. To znaczy ci przewodnicy z K9 będą to robić w szkołach, przedszkolach dla ludności” — prognozuje z nadzieją Przemysław Rembielak.
Paulina Kuntze i zbiórka funduszy na rozwój systemu
Na platformie pomocowej pomagam.pl twórcy akcji opublikowali precyzyjny wykaz niezbędnych artykułów. Gromadzone fundusze mają posłużyć na pokrycie kosztów kolejnych wyjazdów edukacyjnych, nabycie profesjonalnych szelek, sprzętu ochronnego, mat termicznych oraz urządzeń śledzących GPS. Wyzwaniem pozostaje również zapewnienie specjalistycznego pożywienia i stałej pomocy weterynaryjnej, a także rozbudowa infrastruktury: kojców, wybiegów i narzędzi komunikacyjnych. Dodatkowo w planach jest edukacja lokalnej ludności w zakresie udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej.
Jednak absolutnym priorytetem przedsięwzięcia nie są wcale zakupy sprzętowe, lecz budowa kompetentnego personelu instruktorskiego.
„Naszym planem generalnie od samego początku jest to, żeby wyszkolić dla nich grupę trenerów, ekspertów, którzy to później będą mogli szkolić dalsze osoby” — wyjaśnia założenia długoterminowe Paulina Kuntze.
Gdyby cała inicjatywa ograniczała się wyłącznie do cyklicznych wizyt europejskich ekspertów na Bliskim Wschodzie, jej istnienie byłoby nieustannie zagrożone przez braki budżetowe czy niestabilność polityczną. Wykreowanie miejscowych liderów gwarantuje samowystarczalność systemu i ciągłą reprodukcję wiedzy w środowisku naturalnym. Inicjatorzy zbiórki określają to mianem fundamentów pod budowę „pierwszej profesjonalnej kadry psów ratowniczych”, która z czasem ewoluuje w prężne centrum szkoleniowe.
Główny trener z Polski najbardziej obawia się przestojów w harmonogramie.
„Rozmawiamy rok później, jestem ekstremalnie niezadowolony, że dopiero teraz będziemy tam wracać, bo myśleliśmy, że uda nam się wrócić dużo wcześniej, nie będzie takiej przerwy, ale finanse stoją tu na przeszkodzie. Bez finansów nie można takich misji realizować” — nie ukrywa frustracji specjalista, wskazując na bariery ekonomiczne.
Proces przygotowywania psa poszukiwawczego wymaga ciągłości, a długotrwałe pauzy potrafią zniweczyć dotychczasowe osiągnięcia. Aby zminimalizować negatywne skutki opóźnień, wolontariusze zdecydowali się na hybrydowy model pracy, nadzorując działania miejscowych przez sieć internetową. Zdają sobie jednak sprawę, że wirtualny kontakt nigdy nie zastąpi wielogodzinnych treningów na gruzowisku.
„Chcemy im powiedzieć, że to nie jest złoty strzał. My nie przyjechaliśmy się zareklamować: my z Europy wam tu coś zrobimy. Tylko pomożemy wam, żeby to zbudować waszymi rękoma, waszymi psami. Lata będzie to trwało, ale nie opuścimy was, bo mamy przeszkody, bo mamy brak finansów czy tego typu rzeczy” — deklarują organizatorzy misji.
Trwa zbiórka funduszy na rzecz psów ratowniczych w Syrii
Z myślą o finansowaniu tego ambitnego przedsięwzięcia powołano do życia internetową zbiórkę „Psy ratujące życie w Syrii”.
Dane z platformy Pomagam.pl z początku września 2026 roku wskazywały, że udało się zgromadzić kwotę rzędu 11 307 złotych z docelowych 25 tysięcy. Swoje wsparcie dla inicjatywy okazało dotychczas niespełna stu darczyńców. Pozyskane fundusze nie mają sfinansować pojedynczego wyjazdu, lecz zagwarantować długofalową opiekę nad zwierzętami, ich wyżywienie oraz kompleksowe przygotowanie bliskowschodnich szkoleniowców.
Ten aspekt w swoich wypowiedziach mocno akcentuje polska aktywistka:
„To nie jest sobie mały projekt, który gdzieś tam zaczynamy A, kończymy B, koniec, kropka. To nie wygląda tak. My chcemy zaimplementować tam działania, zasiać ziarno, które później będzie rosło” — deklaruje Paulina Kuntze, wskazując na wieloletni charakter pomocy.
Kobieta zaznacza również, że wypracowane w tym regionie mechanizmy mogą w niedalekiej przyszłości posłużyć jako gotowy model dla innych państw pozbawionych struktur ratownictwa z wykorzystaniem czworonogów. Zanim jednak wizja ta stanie się rzeczywistością, wolontariusze muszą dokończyć pracę rozpoczętą na zgliszczach syryjskich miast.
Przemysław Rembielak planuje wizytę Syryjczyków w Polsce
Niewykluczone, że kolejne fazy warsztatów nie będą odbywać się wśród bliskowschodnich ruin, lecz w stolicy Wielkopolski. Główny szkoleniowiec dąży do tego, aby kandydaci na instruktorów z Syrii odbyli część treningu na terytorium naszego państwa. W Polsce zyskaliby dostęp do profesjonalnych poligonów, zwierząt o różnym stopniu wytresowania oraz gotowego systemu, który można podglądać na co dzień. Główną przeszkodą były do tej pory procedury administracyjne.
„Oni nie mieli w ubiegłym roku dokumentów, więc po pierwsze nie mieli paszportów, po drugie nie są ze strefy Schengen i są z Syrii, która dopiero co miała przewrót” — tłumaczy organizator, wyliczając napotkane trudności biurokratyczne.
Transformacja ustrojowa w bliskowschodnim państwie stwarza szansę na usunięcie tych blokad, w szczególności, gdy formacje ratownicze zyskają status państwowych struktur kryzysowych. Poznańscy strażacy wielokrotnie już realizowali podobne projekty z obcokrajowcami, szkoląc specjalistów z Europy Wschodniej, m.in. Łotyszów, Ukraińców, a w dawniejszych latach również obywateli Rosji czy Białorusi.
Instruktor zaznacza, że w działaniach poszukiwawczych podziały polityczne schodzą na absolutny margines. Jeśli konieczne jest ratowanie człowieka uwięzionego w gruzach, jego obywatelstwo jest kwestią drugorzędną.
Nowe wyzwania dla organizacji po wojnie domowej
Zmiany dotykają nie tylko pionierskiej formacji K9, ale i całej ochotniczej struktury obrony cywilnej. W dobie konfliktu zbrojnego wizytówką Białych Hełmów były charakterystyczne nakrycia głowy i urządzenia nagrywające brawurowe akcje przeprowadzane tuż po atakach lotniczych. W czasach powojennych organizacja musiała na nowo zdefiniować swoją tożsamość. Decyzja administracji państwowej o włączeniu jej w struktury Ministerstwa Zarządzania Kryzysowego symbolizuje ostateczne przejście z trybu wojennego na tory profesjonalnych służb państwowych.
To prawdopodobnie najważniejszy krok w ewolucji bliskowschodnich systemów bezpieczeństwa. Wolontariusze dysponują odpowiednim parkiem maszynowym i unikalnym dorobkiem z pola walki, jednak w warunkach pokojowych niezbędne jest wdrożenie odpowiednich procedur do walki z klęskami żywiołowymi, pożarami czy wypadkami komunikacyjnymi.
Psy szkolone w ramach specjalistycznej jednostki wydają się kluczowym, lecz wciąż niezagospodarowanym elementem tego systemu.
„Białe Hełmy to nie jest ochotnictwo, które się skrzyknęło już teraz, tylko jest organizacja, która ma ciężarówki, buldożery, autobusy, samochody gaśnicze, ubrania jednolite, hełmy białe i tym podobne rzeczy. Tylko ta gałąź ratownictwa się tam tworzy” — podsumowuje etap zmian wielkopolski szkoleniowiec.
Znaczenie tej rozbudowy jest szczególne w regionie permanentnie zagrożonym wstrząsami tektonicznymi, co brutalnie udowodnił kataklizm z początku 2023 roku. W przypadku katastrof budowlanych maszyny mogą usuwać gruz, lecz niezbędna jest precyzyjna wiedza o miejscu przebywania poszkodowanych, a zaawansowana elektronika często zawodzi. Profesjonalnie przygotowany czworonóg potrafi skutecznie i błyskawicznie weryfikować obszary niedostępne dla ludzkich zmysłów, a wsparcie przybywające „na czterech łapach” może przesądzić o ocaleniu życia.
Polskie doświadczenia służą rozwojowi syryjskiego ratownictwa
Na finiszu wywiadu doświadczony strażak odnosi się do najnowszych dziejów naszego kraju, przypominając momenty, w których to my korzystaliśmy ze wsparcia z zewnątrz.
„My byliśmy odbiorcą pomocy ze świata przed 1989 rokiem. Nam pomagali wejść do Unii, zrozumieć, uzbroić się w sprzęty, ratownictwo zmienić. Więc myślę, że powinniśmy też to robić w innych kierunkach, my jako Polacy. Dlaczego? Bo chcemy, bo mamy co do zaoferowania” — zauważa Przemysław Rembielak.
Chwilę później instruktor dodaje bardzo ważną uwagę: „Nie powiem, że jesteśmy najlepsi. Nie ma takiej kategorii w ratownictwie”.
Te słowa wydają się stanowić kwintesencję całego projektu. Nie chodzi w nim o udowadnianie wyższości polskiej myśli technicznej, lecz o podzielenie się wnioskami płynącymi z dziesiątek lat prób i błędów.
„Ja to robiłem 25 lat temu tu na terenie Polski od zera. (…) Teraz jesteśmy dużo dalej, bo możemy już wykluczyć błędy, potknięcia różne, wtopy, które mieliśmy na koncie przez ten czas, których było wiele, żeby oni mieli łatwiej” — wspomina swoją zawodową ścieżkę wielkopolski organizator.
Poznańska wolontariuszka określa tę współpracę symbolicznym połączeniem obu nacji. „Jeśli my to zasiejemy, a już to zasialiśmy i będziemy kontynuować, będziemy mieli możliwość kontynuowania tego, to to jest ogromna rzecz nie tyle też dla nich, ale również wydaje mi się tworzenia takiego mostu pomiędzy Polską a Syrią i takich braterskich, siostrzanych działań po prostu”.
Jeżeli wszystkie nakreślone cele zostaną pomyślnie zrealizowane, za parę lat podczas kolejnej klęski żywiołowej, do akcji na gruzach Homs, Damaszku czy Aleppo ruszą w pełni przygotowane syryjskie zespoły. Brak polskich szkoleniowców na miejscu w takim momencie będzie stanowił największy dowód sukcesu całego programu edukacyjnego.
Kluczową ideą tej charytatywnej misji nie jest bowiem uzależnienie Bliskiego Wschodu od fachowców z Europy. Fundamentem projektu jest doprowadzenie do sytuacji, w której lokalne społeczności staną się całkowicie samowystarczalne i zdolne do niesienia profesjonalnej pomocy własnymi siłami.
Link do zbiórki: https://pomagam.pl/yhamkd