Spis treści
Produkty w sklepach Biedronka i Lidl nagle maleją
Zjawisko shrinkflacji nie jest nowością, jednak ostatnio znacznie zyskało na intensywności. Z powodu rosnących kosztów produkcji, firmy zaczęły szukać dyskretniejszych metod na zwiększanie zysków. Zamiast otwarcie podnosić ceny, decydują się na zmniejszanie objętości swoich produktów.
Shrinkflacja najczęściej uderza w towary, które kupujemy na co dzień. W Biedronce i Lidlu zjawisko to jest bardzo widoczne, zwłaszcza w przypadku słodyczy, nabiału, słonych przekąsek czy gotowych potraw. Czekolady, które standardowo ważyły 100 gramów, obecnie często mają masę zaledwie 90 lub 80 gramów. Podobny los spotkał chipsy – wielkość paczek pozostaje bez zmian, ale ilość znajdujących się w nich chrupek sukcesywnie maleje.
Modyfikacje gramatury dotykają także takich produktów jak masło, sery i jogurty. Pudełka i opakowania wizualnie nie różnią się od dawnych wersji, lecz ilość produktu wewnątrz potrafi zmniejszyć się nawet o kilkanaście procent. Przeciętnemu kupującemu bardzo trudno jest zauważyć taką różnicę bez dokładnego przyjrzenia się etykiecie.
Jakie produkty zmniejszyły objętość?
Ten proceder najłatwiej zaobserwować na konkretnych przykładach. W dyskontach Biedronka mocno zmieniły się mrożonki – na przykład mrożone maliny, które kiedyś oferowano w 450-gramowych paczkach, dzisiaj mają w sobie jedynie około 300 gramów owoców. W tym samym czasie wzrosła cena za kilogram, co stanowi rzeczywistą podwyżkę, chociaż kwota za opakowanie nie uległa znacznej zmianie.
Podobne sztuczki stosuje się w przypadku napojów. Na półkach Biedronki można znaleźć butelki o pojemności 1,75 litra, które zastąpiły dotychczasowe, dwulitrowe opakowania. Taka zmiana może wydawać się błaha, ale oznacza, że za podobną cenę klient nabywa zauważalnie mniej płynu.
Problem shrinkflacji dotyczy również podstawowych artykułów spożywczych w Lidlu i Biedronce. Mąka, dawniej pakowana po 1 kilogramie, teraz jest dostępna w wersji 800-gramowej. Podobna sytuacja ma miejsce z olejem roślinnym – zamiast pełnego litra, butelki coraz częściej mieszczą tylko 900 mililitrów. Obie te zmiany to nic innego jak zakamuflowany wzrost cen.
Nie inaczej sprawa wygląda na dziale z nabiałem. Waga jogurtów spadła z tradycyjnych 180 gramów do 160, a nawet 165 gramów. Kostki masła, które zazwyczaj ważyły 200 lub 250 gramów, obecnie również ważą mniej. To klasyczny przykład shrinkflacji, bezpośrednio uderzający w portfele klientów robiących codzienne zakupy.
Zmniejszanie pojemności nie ominęło branży słodyczy. Tradycyjne czekolady „skurczyły” się z reguły do wagi 90, a niekiedy nawet 80 gramów. Oznacza to, że za te same pieniądze dostajemy nawet o kilkanaście procent mniej ulubionego przysmaku.
Głośnym echem w Lidlu odbiła się sytuacja ze zmianą gramatury masła sprzedawanego pod marką własną dyskontu. Ten przypadek wywołał falę niezadowolenia wśród klientów, dowodząc, że konsumenci są coraz bardziej świadomi shrinkflacji i nie przechodzą wobec niej obojętnie.
Ile pieniędzy ucieka z portfela w Lidlu i Biedronce?
Największą pułapką shrinkflacji jest to, że działa ona jak „ukryta inflacja”. Klienci nie dostrzegają zmiany ceny na etykiecie, ale w rzeczywistości płacą wyższą stawkę za litr lub kilogram produktu. Przykładowo, jeśli masa towaru spadnie z 500 do 400 gramów przy zachowaniu dotychczasowej ceny, oznacza to ukrytą podwyżkę na poziomie 25 procent.
W codziennym życiu skutkuje to tym, że zakupy w Lidlu czy Biedronce kosztują nas więcej, niż przypuszczamy. Te niewidoczne różnice w cenach sumują się, szczególnie gdy regularnie kupujemy te same artykuły. Miesięcznie domowy budżet może na tym stracić nawet kilkadziesiąt złotych.
Kto jest winny zmniejszaniu gramatury?
Co ciekawe, to nie sklepy są głównymi inicjatorami shrinkflacji, lecz sami producenci, którzy decydują o zmniejszeniu wagi swoich wyrobów. Popularne sieci, takie jak Lidl czy Biedronka, stają jednak przed trudnym dylematem: muszą albo zaakceptować mniejsze opakowania, albo podnieść ceny na półkach, co mogłoby zniechęcić kupujących.
Z handlowego punktu widzenia shrinkflacja jest bezpieczniejszym rozwiązaniem. Utrzymanie dotychczasowej ceny sprawia, że klienci nie odbierają produktu jako droższego. W efekcie wielu z nich w ogóle nie zauważa różnicy, a ci, którzy się zorientują, zazwyczaj robią to ze sporym opóźnieniem.
Sposoby na walkę z ukrytymi podwyżkami
Mimo że shrinkflacji nie da się całkowicie uniknąć, kupujący mogą zastosować pewne mechanizmy obronne. Najważniejsze jest śledzenie ceny za jednostkę miary – czyli kwoty, jaką musimy zapłacić za litr lub kilogram danego artykułu. To właśnie ten wskaźnik najlepiej obrazuje rzeczywistą wartość produktu.
Kolejnym przydatnym nawykiem jest sprawdzanie i porównywanie gramatury różnych towarów, zamiast polegania na samej wielkości opakowania. Nawet drobne spadki na wadze mogą w rzeczywistości oznaczać odczuwalny wzrost kosztów.
Przyszłość zakupów: shrinkflacja nie zniknie
Specjaliści są zgodni – zjawisko shrinkflacji pozostanie z nami na dłużej. Tak długo, jak koszty wytwarzania dóbr będą rosły, przedsiębiorstwa będą zmuszone do poszukiwania metod na obronę swoich zysków. Dla konsumentów płynie z tego jeden wniosek: konieczna jest wzmożona uwaga podczas robienia zakupów.
Ze względu na fakt, że Lidl i Biedronka to jedne z najchętniej odwiedzanych sklepów w naszym kraju, każda modyfikacja na ich półkach znajduje odzwierciedlenie w budżetach polskich rodzin. Z tego powodu shrinkflacja stała się zjawiskiem, z którym mierzy się dziś niemal każdy kupujący.