Spis treści
Jak działają koncerny we Francji i Włoszech w sprawie cen paliw?
W przeciwieństwie do berlińskich urzędników tnących podatki, we Francji i Włoszech to wielkie koncerny paliwowe postanowiły z własnej woli nałożyć limity cen. Inicjatywa ta wyszła bezpośrednio od rynkowych gigantów.
Francuski TotalEnergies zagwarantował, że litr benzyny E10 nie przekroczy 1,99 euro, a diesla 2,25 euro. Zbliżone rozwiązanie pojawiło się we Włoszech, gdzie podmiot Eni (poprzez sieć Enilive) zablokował maksymalne stawki miesięczne na poziomie 1,99 euro dla benzyny i 2,19 euro dla oleju napędowego. Podobne kroki podjęła sieć IP należąca do Socar, co oznaczało ograniczenie cen na niemal 40 proc. stacji we Włoszech.
Skąd takie działania koncernów? Eksperci, jak Tomaso Duso z Niemieckiego Instytutu Badań Gospodarczych, tłumaczą to dość pragmatycznie. To taktyka, która ma stanowić ciche porozumienie z rządem, zapobiegając wprowadzeniu podatku od ponadnormatywnych zysków. Koncerny zbijają majątek na rafinacji, więc mogą zrzec się ułamka zarobków na stacjach w zamian za brak nowych podatków. Jest czym się dzielić, gdyż zysk netto TotalEnergies w pierwszym półroczu 2026 roku zwiększył się prawie dwukrotnie, dobijając do 11,2 mld euro.
Mniejsze stacje walczą o przetrwanie wobec polityki gigantów
Mimo że francuskie i włoskie rozwiązania wydają się korzystne dla kierowców, kryje się za nimi poważny problem. Ciężar obniżek uderza w małych operatorów, a sami tankujący mogą ostatecznie wpaść w iluzję niskich kosztów.
Francuskie stowarzyszenie FF3C, zrzeszające blisko tysiąc niezależnych punktów sprzedaży paliw, zgłosiło sprawę do urzędu ochrony konkurencji. Przedsiębiorcy oskarżają gigantów o dumping, traktując to jako nieuczciwe zagrywki rynkowe. Mali właściciele stacji, pozbawieni własnych rafinerii, alarmują, że sprzedaż paliwa w wymuszonych zaniżonych cenach generuje dla nich same straty.
Szef marketów E.Leclerc, Michel-Edouard Leclerc, głośno potwierdza, że lokalni operatorzy nie mają szans na dalsze zbijanie cen bez narażania się na bankructwo.
Konsekwencje tej presji cenowej są bardzo widoczne. Na Korsyce zawieszono działalność kilkunastu stacji, ponieważ hurtowy zakup kosztował więcej, niż żądał wielki gracz od detalu. Z kolei masowe wyjazdy kierowców na stacje TotalEnergies doprowadziły we Francji do tego, że w co dziesiątym obiekcie chwilowo brakowało paliwa. Szef tego koncernu, Patrick Pouyanné, stawia jednak sprawę bez ogródek: wprowadzicie podatek od zysków, to my zdejmiemy limitowane ceny.
Dlaczego Niemcy wybrały cięcie podatków? Zdecydował rynek
Dlaczego w Niemczech nie zastosowano mechanizmu z Francji i Włoch, angażując w to władzę? Wynika to z faktu, że niemiecki rynek paliw opiera się na rozdrobnieniu. Skopiowanie systemu państw sąsiednich nie miałoby racji bytu w realiach za Odrą.
Z około 14 000 stacji paliw, na niemieckim rynku nie istnieje jeden gigant, mogący podyktować warunki reszcie kraju. Lider branży, sieć Aral, ma zaledwie 15-16 proc. rynku. Kolejne miejsca zajmują Shell (ponad 13 proc.), Circle K/TotalEnergies oraz Esso (po mniej więcej 8 proc.). Dla zestawienia, we Francji TotalEnergies obejmuje około 30 proc. udziałów, a włoskie Eni trzyma ponad 21 proc. rynku.
To zasadnicza rozbieżność w funkcjonowaniu. Obniżki giganta we Francji zmuszają resztę do zbijania stawek, jeśli nie chcą masowo tracić klientów. Jednak obniżka cen u Arala w Niemczech wywołałaby minimalny efekt w ogólnej skali, bo lokalni sprzedawcy by to przeczekali. Przy tak zdekoncentrowanym sektorze, powszechny spadek cen od razu mógł zagwarantować wyłącznie rząd, decydując się na niższe podatki.
Dlatego władze w Berlinie nie oczekiwały cudów od samych koncernów. Podjęto jedyny sensowny ruch, obniżając od 1 października stawki na paliwo, co zagwarantowało spadek cen bezpośrednio przy każdym dystrybutorze.