Spis treści
Kulisy "Hotelu Paradise". Gdzie trafiają uczestnicy po eliminacji?
Wielu widzów popularnego formatu stacji TVN zastanawia się nad losem graczy, którzy żegnają się z show. Przebywając w willi, mieszkańcy są nieustannie monitorowani przez kamery i mikrofony, a w budynku praktycznie nie ma martwych punktów. Sytuacja drastycznie zmienia się po eliminacji, jednak przegrany nie zawsze natychmiast wraca do kraju. Szybki lot do Polski dotyczy głównie osób, które odpadły na samym początku rywalizacji i ich obecność w wielkim finale nie ma większego sensu. Im dłużej trwa program, tym silniejsze więzi i układy tworzą się między graczami. Z tego powodu uczestnicy z późniejszych etapów muszą zostać na miejscu, aby w ostatnim odcinku oddać swój głos na jedną z dwóch par walczących na ścieżce lojalności.
Tobiasz z 12. edycji "Hotelu Paradise" przerywa milczenie. Tak wygląda życie po programie
Wątpliwości fanów rozwiał niedawno Tobiasz, który musiał spakować walizki po tym, jak podczas Rajskiego Rozdania wyeliminowała go Marta. Były mieszkaniec 12. odsłony formatu postanowił odpowiedzieć na pytania ciekawskich internautów na swoim profilu na Instagramie. Okazuje się, że odrzucone osoby wcale nie lądują w jednym wspólnym kurorcie, w którym mogłyby swobodnie dyskutować o strategii. Nie mogą też od razu polecieć do Polski, ponieważ produkcja trzyma ich w rezerwie na wypadek ewentualnego przywrócenia do gry, udziału w kluczowej Puszce Pandory czy po prostu w samym finale. Ten przymusowy czas oczekiwania wiąże się jednak z surowymi restrykcjami. Byłym graczom absolutnie nie wolno podróżować, zwiedzać rajskiej okolicy ani publikować jakichkolwiek treści w mediach społecznościowych.
Czy po odpadnięciu mogliście coś zwiedzać, czy musieliście siedzieć w hotelu? – padło pytanie do uczestnika.
Po odpadnięciu musieliśmy siedzieć na terenie hotelu, w którym zostaliśmy ulokowani, nie mogliśmy za bardzo się oddalać – tłumaczy uczestnik. Mało tego, dodał także, co robił w trakcie samotnego pobytu w Tajlandii. – Zajmowałem się wszystkim dosłownie: surfowaniem, pływaniem, czytaniem książek (...) Niestety sam, musiałem to wszystko robić sam. Też Tajowie mają to do siebie, że nie za bardzo ogarniają angielski, nie było tam też za dużo turystów, nie było z kim gadać – dodaje Tobiasz.