Berlin: 30 tys. domów bez prądu po awarii kabli – co dalej z naprawą sieci?

2026-01-05 18:28

W Berlinie wciąż trwa kryzys energetyczny po weekendowej awarii związanej z pożarem kabli. Do poniedziałku prąd wrócił do 15 tysięcy domów, ale kolejne 30 tysięcy gospodarstw nadal czeka na przywrócenie zasilania. W mroźnych warunkach miasto uruchomiło punkty wsparcia dla mieszkańców.

Bonifikata za brak prądu..jpg

i

Autor: Redakcja Informacyjna AI/ Wygenerowane przez AI Zdjęcie ilustracyjne.

Dlaczego 30 tys. gospodarstw w Berlinie nadal nie ma prądu?

W poniedziałek, przy utrzymujących się mrozach, 30 tys. gospodarstw domowych bez prądu w Berlinie ('INTERNAL URLS') pozostawało bez zasilania. To efekt weekendowej awarii po pożarze kabli, który uderzył w dzielnicę Steglitz-Zehlendorf na południowo-zachodnich obrzeżach niemieckiej metropolii. Od soboty, czyli dnia po zdarzeniu, do poniedziałku elektryczność udało się przywrócić w 15 tysiącach domów, ale pozostałe 30 tysięcy ma czekać najpóźniej do czwartku. Skala przerwy w dostawach energii przełożyła się na funkcjonowanie usług publicznych i codzienne życie mieszkańców.

Szpitale na terenie dzielnicy pracują dzięki generatorom prądu. Jednocześnie do środy zamkniętych ma pozostać 17 szkół. W regionie ustawiono też specjalne punkty, gdzie można się ogrzać, podładować telefon oraz dostać gorący napój lub posiłek. Drzwi dla potrzebujących otworzyły kościoły, świetlice i kluby sportowe, co ma pomóc osobom najbardziej dotkniętym przerwą w dostawach energii.

Kto przyznał się do podpalenia kabli i jak reagują władze?

Do ataku, opisywanego jako podpalenie kabli na jednym z mostów, przyznała się ekstremistycznie lewicowa Vulkangruppe. W dokumencie przekazanym władzom grupa wskazała cele, które ujęła słowami: „wyłącznie prądu rządzącym” oraz atak na „przemysł paliw kopalnianych”. Jednocześnie Vulkangruppe przeprosiła poszkodowanych mieszkańców Berlina. W sprawie odpowiedzialności za incydent pojawiły się jednak rozbieżności w ocenach między poziomem lokalnym a federalnym.

Samorząd Berlina przypisuje odpowiedzialność za zdarzenie Vulkangruppe, natomiast władze na szczeblu federalnym zachowują wstrzemięźliwość, podkreślając, że nadal nie wiadomo, kto stoi za atakiem. Z kolei ze strony lokalnych polityków padają oskarżenia o terroryzm. Od ataku jednoznacznie odcina się popularna w Berlinie partia Lewica, której przedstawiciele rozdają poszkodowanym powerbanki i świece. - Nic w tym ataku nie jest lewicowe. Uderzono w biednych, starych i chorych ludzi, narażono ich życie na niebezpieczeństwo. Należy to potępić w możliwie najostrzejszych słowach - powiedziała kandydatka Lewicy na burmistrza Berlina Elif Eralp.

Jakie wnioski po awarii? Politycy mówią o ochronie infrastruktury

W związku z awarią politycy apelują o wyciągnięcie wniosków. Burmistrz Berlina Kai Wegner ocenił, że sytuacja pokazuje, jak podatna na ataki jest infrastruktura krytyczna, i zaproponował zwiększenie liczby kamer oraz pracowników ochrony nadzorujących sieć. W podobnym tonie wypowiedział się deputowany Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej do Bundestagu Marc Henrichmann: „Po tym akcie sabotażu wszyscy muszą zrozumieć, że pojedyncza wiązka kabli nie stanowi wystarczającego zabezpieczenia dostaw energii dla kilku dzielnic. Jeśli pojedyncze linie przestają działać, to muszą istnieć alternatywne dostawy”.

Źródło PAP.

Doda | Wywiad Sylwester