- Tai Woffinden to najbardziej utytułowany brytyjski żużlowiec w historii.
- 35-letni zawodnik, który niedawno zrezygnował z dalszych startów, udzielił wywiadu w znanym podcaście „Żurnalisty”.
- – Za młodu chyba niezbyt często byłem trzeźwy podczas wyścigów – wyjawił sportowiec, szczerze opisując swoje alkoholowe incydenty w trakcie sportowej kariery.
Żużlowiec Tai Woffinden brał udział w zawodach pod wpływem. Szokująca prawda w podcaście Żurnalisty
Od 2013 do 2018 roku nie miał sobie równych na świecie, zdobywając trzy tytuły mistrzowskie cyklu Speedway Grand Prix. Z czasem pałeczkę największej gwiazdy przejął Bartosz Zmarzlik, a sukcesy Brytyjczyka zaczęły być torpedowane przez liczne kontuzje. W efekcie kolejnego groźnego upadku, w lipcu zapadła ostateczna decyzja o zakończeniu jego profesjonalnych startów na torze. Nie minęło jednak wiele czasu, by jego nazwisko znów znalazło się na pierwszych stronach gazet, a to za sprawą głośnej rozmowy u „Żurnalisty”.
Afera w kadrze siatkarek. Zuzanna Górecka odpowiada słynnej kapitan!
Utytułowany sportowiec wyznał w wywiadzie, że alkohol był częstym towarzyszem jego żużlowej kariery. Z jego relacji wynika, że szczególnie na początku swojej drogi zawodowej nierzadko przystępował do rywalizacji, nie będąc trzeźwym.
– Za młodu chyba niezbyt często byłem trzeźwy podczas wyścigów – powiedział wprost. Przytoczył historię z zawodów w Lesznie, przed którymi imprezował przez dwie noce, a mimo to wyjechał na tor. Co gorsza, po ukończeniu turnieju kontynuował zabawę przez kolejną noc, by rano udać się na lotnisko prosto z klubu i wylecieć do ojczyzny, gdzie wieczorem miał zaplanowane następne wyścigi.
Woffinden dodał, że nie był odosobnionym przypadkiem w żużlowym środowisku.
Iga Świątek zaszalała przed US Open! Poleciała za Ocean na koncert Ariany
Takie to były czasy. I nie tylko ja tak miałem, wszyscy. Prom z Polski do Szwecji, starsi chłopaki byli tam totalnie ululani - tłumaczył, śmiejąc się, że "pijany mógł być nawet lepszy niż trzeźwy".
Szczerość, z jaką były mistrz opisywał swoje imprezowe przygody i konieczność pokrywania szkód, wprawiła wielu w osłupienie. Jak sam przyznał, prawdziwy punkt zwrotny w jego podejściu do życia nastąpił po odejściu ojca i jednocześnie mentora – Roba Woffindena.
– Coś się we mnie przełączyło. Może to było kumulowanie wszystkiego w sobie, a jak mocno się upiłem, to wychodziło na wierzch. Po prostu nie miałem wyłącznika. Jak imprezujemy, to na całego, jak skaczemy ze spadochronem, to też na całego. Zawsze na pełnym gazie. Tak samo było z piciem – wyznał były zawodnik m.in. wrocławskiej Sparty i częstochowskiego Włókniarza.
