Spis treści
Marek Citko przyznaje: Byłem dobry
Lata 90. w polskiej piłce to okres absolutnej dominacji popularności Marka Citki. Zjawisko to było na polskim gruncie zupełnie nowe i niespotykane. Sam zawodnik, będąc w ciągłym wirze meczów i treningów, nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje. Prawdziwa skala uwielbienia dotarła do niego dopiero po długim czasie, gdy zaczął analizować prasowe publikacje z tamtego okresu.
Przeczytaj także: Karolina Pilarczyk zachwyca różowymi włosami na gali. Obok dawna gwiazda "M jak miłość"
„Dopiero jak przeczytałem wszystkie wycinki swoje z gazet, to chyba nazbierało się sześć albo siedem tych zeszytów A4. Jak zacząłem czytać o sobie, to mówię, że rzeczywiście byłem dobry”
Najlepszym dowodem na to, jak wielkim fenomenem był Citko, były góry listów od kibiców. Na początku gwiazdor Widzewa Łódź starał się skrupulatnie odpowiadać każdemu nadawcy.
„Starałem się na wszystko odpisywać. I tak naprawdę co drugi, trzeci dzień sto listów, chodziłem o pierwszej, drugiej spać i byłem niewyspany”
Zjawisko urosło do takich rozmiarów, że do akcji musieli wkroczyć pracownicy klubu. Były zawodnik wspomina, że pracownica klubu doradziła mu, by przestał otwierać korespondencję, inaczej straci zmysły. Jak wyznał, do siedziby klubu regularnie dostarczano wory listów o wadze 30-40 kilogramów.
Popularność stała się na tyle uciążliwa, że utrudniała mu codzienne funkcjonowanie. Zwykły spacer reprezentacyjną ulicą Piotrkowską w Łodzi szybko zamienił się w prawdziwe oblężenie.
Zobacz też: Marta Kostiuk przeciwko Polkom. Ukraińska gwiazda tenisa zachwyca w sieci
„Zrobiła się taka ilość osób, że po prostu czekałem chyba z dwadzieścia minut, zgłodniałem i się bałem iść dalej. Zawróciłem do auta i zamówiłem jedzenie na wynos”
Jego popularność była często wykorzystywana przez kolegów z szatni. Jak sam przyznał, namawiali go, by szedł przodem i skupił na sobie uwagę kibiców, podczas gdy oni bez przeszkód udawali się do klubowego autokaru.
Marek Citko okradziony. Złodzieje wykorzystali zgrupowanie
Fenomen wokół osoby piłkarza miał jednak swoje ponure oblicze. Gigantyczne zainteresowanie mediów sprawiło, że zawodnik został całkowicie pozbawiony sfery prywatnej.
„Każdy wiedział, gdzie mieszkam. Też dziennikarze informowali, czy Widzew jest tutaj, czy jest tam, no to każdy wiedział, czy jestem w domu, czy nie”
Ta powszechna wiedza o jego miejscu pobytu została wykorzystana przez włamywaczy. Kiedy Citko przebywał na zgrupowaniu reprezentacji Polski, złodzieje wtargnęli do jego mieszkania. Były sportowiec dodał jednak, że na szczęście ukrył oszczędności tak dobrze, że nie zdołano ich zlokalizować.
Prawdziwym zaskoczeniem dla gwiazdy był jednak triumf w prestiżowym plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na Najlepszego Sportowca 1996 roku. Z uwagi na trwający wówczas rok olimpijski i sukcesy polskich medalistów, Citko nie wierzył, że zdoła zająć wysokie miejsce w głosowaniu.
„Byłem tak zmęczony i tak się zastanawiałem, po co ja tam jadę. Stracony dzień, będę miał 7-8 miejsce”
Kiedy usłyszał, że to właśnie on zgarnął główną statuetkę, nie krył osłupienia.
„Nagle słyszę, Marek Citko, wszyscy mi gratulują, a ja nie wiem, co powiedzieć. Dla mnie to był szok w roku olimpijskim. Wtedy zrozumiałem siłę piłki nożnej”