Maja Chwalińska radziła sobie znakomicie w starciu z Mananchayą Sawangkaew z Tajlandii, pewnie zmierzając po wygraną przy wyniku 6:2, 5:2. Sytuacja diametralnie zmieniła się w kluczowym momencie, kiedy Polka poślizgnęła się przy piłce meczowej, co poskutkowało upadkiem. Z powodu podkręcenia prawego stawu skokowego konieczna była interwencja medyczna. Po powrocie na kort jej gra uległa znacznemu pogorszeniu, a problemy z poruszaniem się sprawiły, że przewaga zaczęła błyskawicznie topnieć.
Zaskakujący jest fakt, że podczas kolejnych interwencji medycznych uwaga fizjoterapeutki skupiała się na udach zawodniczki, a nie na kontuzjowanej wcześniej kostce. Jak się później okazało, prawdziwym powodem niemocy Polki na korcie były potężne skurcze mięśni, co sama Maja Chwalińska przyznała po zakończeniu dramatycznego spotkania.
- Skurcze, które tutaj mnie spotkały, nigdy mi się nie zdarzyły w takiej skali, bardzo mnie ograniczyły - powiedziała po meczu Maja Chwalińska cytowana przez Interię.pl. - Myślę, że to stres, zmiana nawierzchni oraz fakt, jak intensywnie wyglądały ostatnie tygodnie - dodała Polka.
Podczas spotkania z dziennikarzami po meczu Maja Chwalińska otwarcie przyznała, że słabsza postawa w decydującym, trzecim secie nie miała bezpośredniego związku z niefortunnym upadkiem i urazem stawu skokowego, jak początkowo przypuszczano.
- Tak naprawdę już pod koniec drugiego seta zaczęły łapać mnie skurcze. Uważam, że to nie było czysto fizyczne, tylko złożyło się na to dużo rzeczy. Poza stresem i intensywnym czasem, także to, że nie odbyliśmy perfekcyjnego przygotowania do Wimbledonu - podkreśliła finalistka Roland Garros. - Ale cóż... Nowe doświadczenie, jest to dla mnie jeden z najcięższych meczów w karierze. Popłaczę sobie chwilę i będzie OK - dodała.