Losowanie skojarzyło Huberta Hurkacza i Caspra Ruuda już na starcie wielkoszlemowego turnieju w Londynie. Dotychczasowy bilans ich spotkań wynosił 1-3 na niekorzyść Wrocławianina, jednak to on przystępował do rywalizacji jako faworyt bukmacherów. Norweski tenisista, grający z „jedenastką”, zawsze miał problemy na trawiastej nawierzchni, nigdy nie dotarł dalej niż do drugiej rundy Wimbledonu.
Dwie pierwsze partie przebiegły pod pełne dyktando polskiego tenisisty. Hubert Hurkacz dominował przy własnym podaniu, a dodatkowo znalazł sposób na przełamanie rywala, co dało mu pewne wygrane 6:4 oraz 6:2. Zdecydowanie więcej emocji przyniósł trzeci set. Przy remisie 5:5 Polak odebrał serwis Norwegowi i miał serwować po końcowy triumf. Pojawiła się jednak nerwowość, co skutkowało niewymuszonymi błędami i doprowadzeniem do tie-breaka. W nim Polak przegrywał 1-4, po czym odrobił straty, wychodząc na 6-4. Nie zdołał jednak zamknąć spotkania od razu, a w pewnym momencie sam stanął przed koniecznością obrony piłki setowej. Ostatecznie jednak zdołał przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, wygrywając 9-7 w decydującej rozgrywce.
- Przede wszystkim jestem szczęśliwy, że znów mogę tutaj grać. Dwa lata minęły od mojego ostatniego występu na Wimbledonie. Miałem tu wtedy mały wypadek - stwierdził po meczu Hubert Hurkacz, mając oczywiście na myśli fatalny upadek i kontuzję kolana, która długo się za nim ciągnęła. - Casper to wielki wojownik i to zawsze wielki wyzwanie z nim grać. Dlatego ten tie-break na końcu był naprawdę zacięty. Dziękuje kibicom za wsparcie. Myślę, że podążamy w dobrym kierunku i zobaczymy, co się wydarzy - dodał Hubi.
Wrocławianin powróci na londyńską trawę już w środę. Jego rywalem w kolejnej fazie turnieju będzie zwycięzca pojedynku między Serbem Hamadem Medjedoviciem (klasyfikowanym na 68. miejscu) a austriackim zawodnikiem Sebastianem Ofnerem, zajmującym 110. pozycję w rankingu ATP.