Spis treści
Rezygnacja prezydenta Karola Nawrockiego z obecności na inauguracyjnym posiedzeniu Rady Pokoju w Waszyngtonie została odebrana jako istotny manewr dyplomatyczny. Chociaż Polska nie odcina się całkowicie od projektu firmowanego przez amerykańskiego przywódcę, to delegowanie przedstawiciela niższego szczebla wskazuje na dużą powściągliwość Warszawy. Takie działanie ma na celu zachowanie bezpiecznego dystansu politycznego wobec nowej inicjatywy.
Komunikat Pałacu Prezydenckiego
Informację o roszadach w składzie polskiej delegacji przekazał opinii publicznej Rafał Leśkiewicz. Rzecznik prezydenta zamieścił na platformie X zwięzłe oświadczenie, w którym wskazał nazwisko urzędnika wyznaczonego do udziału w wydarzeniu.
"w czwartkowym spotkaniu inaugurującym Radę Pokoju w Waszyngtonie Prezydenta RP Karola Nawrockiego będzie reprezentował Szef Biura Polityki Międzynarodowej Minister Marcin Przydacz"
Opublikowana wiadomość ogranicza się do faktów i nie zawiera oficjalnego uzasadnienia nieobecności głowy państwa w Stanach Zjednoczonych.
Geneza i cele nowej organizacji
Koncepcja powołania Rady Pokoju została przedstawiona przez Donalda Trumpa w styczniu 2026 roku, podczas trwania Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Biały Dom deklaruje, że nowe gremium ma ściśle współpracować z Organizacją Narodów Zjednoczonych. Głównym zadaniem tej struktury ma być rozwiązywanie konfliktów o zasięgu globalnym oraz promowanie stabilizacji na świecie.
Warto odnotować, że polski prezydent był świadkiem ceremonii ogłoszenia tej inicjatywy w szwajcarskim kurorcie. Już wówczas polska dyplomacja wykazała się ostrożnością, a Karol Nawrocki, mimo obecności na sali, nie złożył podpisu pod dokumentem założycielskim.
Obawy o porządek międzynarodowy
Pomysł utworzenia nowej organizacji od samego początku spotyka się z chłodnym przyjęciem wielu ekspertów i polityków. Istnieją uzasadnione obawy, że projekt ten może stanowić konkurencję dla ONZ i osłabiać dotychczasowy ład prawno-międzynarodowy. Największe emocje budzi jednak lista gości zaproszonych przez administrację amerykańską. Obok liderów państw demokratycznych, w gronie tym znaleźli się bowiem dyktatorzy, tacy jak Władimir Putin oraz Alaksandr Łukaszenka.