Spis treści
- Koszty nowej ustawy o ochronie zabytków przerażają
- Aplikacja dla poszukiwaczy skarbów to wciąż fikcja
- Środowisko archeologów bije na alarm w sprawie nowej ustawy
- Profesor Jacek Górski o nierównym traktowaniu amatorów i naukowców
- Prof. Bartosz Kontny apeluje o porzucenie ustawy o ochronie zabytków
- Ministerstwo Kultury unika jasnych deklaracji w sprawie budżetu
Koszty nowej ustawy o ochronie zabytków przerażają
Przepisy, które zaczną obowiązywać na początku 2027 roku, przyniosą radykalne zmiany, ale wiążą się z kolosalnymi wydatkami. Budżet państwa musi przygotować się na koszty rzędu 6 miliardów złotych każdego roku.
Zgodnie z nowymi regulacjami, osoba, która odkryje przedmiot o szczególnej wartości artystycznej, naukowej lub historycznej, otrzyma hojną rekompensatę. Maksymalna wysokość nagrody może wynieść równowartość 25-krotności przeciętnego wynagrodzenia, co według wyliczeń „Rzeczpospolitej” daje obecnie około 222 tys. zł. W skrajnie unikatowych przypadkach kwota ta wzrośnie do 30-krotności, czyli ponad 267 tys. zł, natomiast za mniej cenne przedmioty znalazca otrzyma wyłącznie dyplom.
Największym obciążeniem budżetowym będą oczywiście same wypłaty dla odkrywców. Generalna konserwator zabytków Bożena Żelazowska przedstawiła w 2024 roku szacunki, z których wynika, że same rekompensaty finansowe w pierwszym roku działania pochłoną 3,25 mld zł. Gdy doliczy się do tego stworzenie 59 nowych miejsc pracy w urzędach konserwatorskich, zakup floty pojazdów służbowych oraz organizację powierzchni magazynowych, rachunek rośnie do 3,277 mld zł.
Powyższe liczby nie uwzględniają jednak kluczowego elementu, jakim są profesjonalne analizy i ekspertyzy. To one zdecydują ostatecznie o klasyfikacji znaleziska i przyznaniu gratyfikacji finansowej lub dyplomu. Z analiz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego wynika, że oceny przedmiotów wygenerują dodatkowe koszty na poziomie 3 mld zł rocznie. W efekcie całościowy wydatek państwa przekroczy 6 mld zł, pochłaniając blisko 70 procent rocznego budżetu całego resortu kultury, który dla zestawienia wydaje na promocję czytelnictwa ledwie 8 mln zł.
Aplikacja dla poszukiwaczy skarbów to wciąż fikcja
Proces legalizacji poszukiwań miał zostać maksymalnie uproszczony i pozbawiony biurokratycznych barier. Każdy pasjonat, dzięki specjalnej aplikacji na smartfony, miał zaledwie kilkoma kliknięciami zgłaszać obszar, termin poszukiwań oraz potwierdzać zgodę właściciela danego terenu. Automat miał błyskawicznie generować odpowiednie zezwolenie, pozwalając na natychmiastowe rozpoczęcie eksploracji.
Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna, ponieważ program mobilny, wyceniany na 2,5 mln zł, w ogóle jeszcze nie powstał, mimo że ustawę przyjęto w połowie 2023 roku. Dodatkowo realizację projektu powierzono Instytutowi Łączności z całkowitym ominięciem procedur przetargowych. Obecnie resort kultury zleca niezależne analizy prawne, by ustalić, czy takie zlecenie zadania było zgodne z obowiązującymi przepisami.
Najpoważniejszą barierą dla działania systemu pozostaje kompletny brak odpowiedniej bazy danych w postaci zdigitalizowanych map stanowisk archeologicznych. Miejsca ujęte w portalu „e-zabytek” pozbawione są dokładnych koordynatów GPS, a regionalne urzędy konserwatorskie wciąż opierają swoją pracę na papierowych dokumentach. Wobec braku precyzyjnych danych cyfrowych, egzekwowanie zakazu eksploracji na chronionych obszarach traci sens, gdyż użytkownik aplikacji nie będzie w stanie zweryfikować, czy przypadkiem nie łamie prawa.
Środowisko archeologów bije na alarm w sprawie nowej ustawy
Hojne gratyfikacje państwowe wywołują stanowczy sprzeciw i konsternację w środowisku akademickim. Naukowcy otwarcie mówią o nadchodzącej „gorączce złota” i ogromnym polu do rozmaitych oszustw. Profesor Maciej Trzciński z Uniwersytetu Wrocławskiego punktuje słabość przepisów, zauważając brak mechanizmów zapobiegających zgłaszaniu jako nowych odkryć tych przedmiotów, które ktoś wykopał wiele lat wcześniej.
Nikt nie będzie w stanie zweryfikować, czy np. 10 grotów z epoki brązu zostało znalezionych w 2027 r., czy kilka lat wcześniej – ostrzega.
Zbliżające się regulacje doprowadzą do sytuacji, w której amatorska eksploracja przekształci się w pełnoprawne zajęcie zarobkowe, a z czasem przerodzi się w legalne firmy opierające na tym swój model biznesowy. Z perspektywy naukowców zjawisko to jest fatalne, czego nie ukrywa dyrektor krakowskiego Muzeum Archeologicznego, prof. Jacek Górski.
Byłbym szczęśliwy, gdyby taka fortuna była przeznaczana na badania archeologiczne i ochronę zabytków, która jest niedofinansowana – mówi w "Rzeczpospolitej".
Mam nieodparte wrażenie, że za państwowe pieniądze finansujemy hobby poszukiwaczy – dodaje prof. Trzciński.
Kwestie finansowe nie kończą się na nagrodach. Przekazanie przedmiotu to dopiero początek drogi, która generuje kolejne wydatki związane ze szczegółową ekspertyzą, zabezpieczeniem, procesem konserwacji oraz fizycznym przechowywaniem, a trzeba podkreślić, że polskie placówki muzealne już od dawna zmagają się z dramatycznym brakiem przestrzeni magazynowej.
Zupełnie odmienne zdanie prezentują przedstawiciele środowiska detektorystów. Według Pawła Kozłowskiego z Polskiego Związku Eksploratorów, panika wokół ogromnych kosztów jest całkowicie bezpodstawna, ponieważ pieniądze będą wypłacane wyłącznie w przypadku niezwykle unikatowych odkryć. Działacz zwraca uwagę, że w przytłaczającej większości przypadków państwo przyzna tylko dyplomy i dodaje, iż wyliczanie kosztów wysyłki listów na 5 mln zł to absurd, a oszczędzanie na przesyłkach pocztowych za pozyskanie cennego artefaktu to po prostu kompromitacja instytucji państwowych.
Oddałem do tej pory średniowieczny topór z XIV w., monetę rzymską o wartości 400–500 zł, kilkadziesiąt różnych monet o wartości ok. 1500 zł, krzyż biskupi o wartości ok. 300 zł i wiele innych, i za żaden z tych zabytków nie dostałem ani nagrody, ani dyplomu, ani nawet wzmianki w muzeum, że to ja byłem znalazcą – wylicza Kozłowski dla "Rzeczpospolitej".
Środowisko poszukiwaczy jest jednocześnie mocno zdziwione brakiem zaplecza technologicznego ze strony administracji rządowej. Reprezentant Polskiego Związku Eksploratorów nie kryje zaskoczenia faktem, że pomimo wydania aż 42 milionów złotych na cyfryzację zbiorów i projekt zabytek.pl, urzędy nadal nie dysponują spójną, użyteczną cyfrową mapą krajowych stanowisk archeologicznych.
Czy mamy rozumieć, że fundusze, które poszły na stworzenie np. projektu Archeologicznego Zdjęcia Polski, wydano w sposób nieefektywny? Dlaczego obywatel ma być ofiarą niesprawności państwa? – pyta Kozłowski.
Profesor Jacek Górski o nierównym traktowaniu amatorów i naukowców
Przedstawiciele nauki alarmują, że wchodzące w życie prawo łamie konstytucyjną zasadę równego traktowania obywateli. Eksperci zwracają uwagę na drastyczne dysproporcje w wymogach. Profesor Jacek Górski z oburzeniem zaznacza, że osobie z wykrywaczem metali wystarczy prosta aplikacja w telefonie, by rozpocząć kopanie, podczas gdy dyplomowany archeolog musi zmagać się z potężną machiną biurokratyczną.
Ja, aby zacząć kopać, muszę przedstawić program badań, zapewnić finansowanie, spełniać określone wymagania, jak wykształcenie czy staż pracy, znaleźć instytucję, która przechowa materiały, i wreszcie przywrócić teren do stanu pierwotnego – wylicza prof. Górski.
Dyrektor krakowskiej placówki odbiera to jako jednoznaczną kapitulację państwa polskiego w obszarze ochrony dziedzictwa narodowego. Z punktu widzenia doświadczonego badacza nadchodzące pokolenia srogo ocenią te przepisy, przypominając smutną prawdę, że zniszczone warstwy kulturowe i archeologiczne nigdy się nie zregenerują w przeciwieństwie do wyciętego lasu.
Prof. Bartosz Kontny apeluje o porzucenie ustawy o ochronie zabytków
Niektórzy akademicy są przekonani, że odkładanie w czasie terminu wdrożenia przepisów w żaden sposób nie uzdrawia sytuacji. Patrząc na opieszałość państwa w minionych latach, takie działanie oznacza jedynie przedłużanie trwającego impasu. Dziekan Wydziału Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Bartosz Kontny twierdzi kategorycznie, że nowe prawo, stworzone bez dialogu ze środowiskiem naukowym, musi zostać całkowicie wyrzucone do kosza.
Zdaniem profesora jedynym rozsądnym wyjściem jest rozpoczęcie procesu legislacyjnego od zera, z zachowaniem właściwych proporcji głosu. Skoro do tej pory narrację dyktowali głównie pasjonaci poszukiwań, teraz eksperci nie powinni tworzyć prawa wyłącznie w swoim zamkniętym gronie. Niezbędny jest merytoryczny „okrągły stół”, który zgromadzi archeologów, urzędników i poszukiwaczy w celu znalezienia złotego środka. Przykłady z zagranicy dowodzą, że harmonijne współdziałanie świata nauki z hobbystami jest nie tylko możliwe, ale i wyjątkowo pożyteczne.
Ministerstwo Kultury unika jasnych deklaracji w sprawie budżetu
Przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego stoją przed potężnym problemem i na razie nie wiadomo, jak zamierzają rozbroić legislacyjną minę. Otwarte pozostaje pytanie, czy wejście w życie przepisów zaplanowane na styczeń 2027 roku ponownie ulegnie opóźnieniu, czy cała ustawa po prostu upadnie. Resort póki co unika udzielania precyzyjnych i wyczerpujących odpowiedzi w tej palącej kwestii.
Piotr Jędrzejowski, pełniący funkcję rzecznika ministerstwa, w zdawkowym komunikacie potwierdził jedynie, że trwają odpowiednie analizy i korekty, jednak na próżno szukać w jego słowach jakichkolwiek konkretów.
Zmiany w zakresie zasad prowadzenia poszukiwań zabytków nie przybrały jeszcze ostatecznej formy projektu ustawy skierowanego do Rządowego Centrum Legislacji. Tym samym nie jest aktualnie możliwe wskazanie ostatecznego zakresu planowanych zmian ani przesądzenie terminów ich procedowania – informuje rzecznik.
Ze strony resortu padły jednak zapewnienia, że stworzono procedury weryfikacyjne dla poszukiwaczy, pozwalające urzędnikom oceniać przedmioty osobiście na miejscu lub przy pomocy narzędzi zdalnych. Kwestia samego finansowania wielomilionowych wypłat została z kolei obwarowana sporym haczykiem.
Według oficjalnych komunikatów rzecznika fundusze celowe na rekompensaty zostały ujęte w planach, jednak ich faktyczna realizacja zależy w całości od uchwalonego budżetu państwa i dostępności gotówki w danym momencie. Takie sformułowania w zasadzie podważają sens finansowej motywacji zawartej w ustawie, ponieważ gwarancja nagrody staje się czysto teoretyczna.
Cała sprawa pokazuje jednoznacznie, że administracja państwowa przegłosowała akty prawne, których po prostu nie potrafi udźwignąć ani od strony technologicznej, ani budżetowej. W efekcie skazano zarówno wykwalifikowanych naukowców, jak i rzesze amatorów z detektorami na lata niepewności i urzędniczego chaosu.