Ta firma pomaga rannym na wojnie! „Pracujemy nawet w czasie alarmów”

2026-02-10 10:02

Na Ukrainie jest pewna firma, która w warunkach wojennych przestawiła się na produkcję specjalnych wózków ewakuacyjnych dla żołnierzy. Jak bardzo są potrzebne, przekonał się jeden z pracowników. Gdy trafił na front i został ranny, ewakuowano go w bezpieczne miejsce na wózku, który wcześniej z dużą dozą prawdopodobieństwa sam spawał! W rozmowie z naszą reporterką dyrektor fabryki opowiedziała o tym, jak wygląda praca podczas wojny.

Firma na Ukrainie produkuje wózki

i

Autor: Marta Radio/ Archiwum prywatne
Wózki ewakuacyjne na Ukrianie

i

Autor: Marta Radio/ Archiwum prywatne

Ukraińska firma pomaga rannym na wojnie, wytwarzając specjalne wózki. Reportaż z zakładu pracy w warunkach wojny

24 lutego 2022 roku życie Iryny Kowal i zespołu z jej fabryki zmieniło się z chwili na chwilę. Nagle musieli zacząć produkować wózki ewakuacyjne dla żołnierzy. Dziś ich wynalazek ratuje setki tysięcy ludzi na froncie! „Nasze wózki, według minimalnych szacunków, pomogły uratować około 170 tysięcy żołnierzy” - opowiada w rozmowie z nami Iryna Kowal, założycielka i dyrektorka firmy Brammer, która produkuje środki taktycznej ewakuacji dla ukraińskich żołnierzy. Do 2022 roku działalność firmy Brammer, mającej zakład na południu kraju, nie miała żadnego związku z wojskiem. Fabryka specjalizowała się w produkcji konstrukcji metalowych wykorzystywanych przy budowie kompleksów mieszkalnych czy w projektach dla szkół.  Poranek 24 lutego 2022 roku był szokiem zarówno dla Iryny, jak i dla pracowników. 

„Obudziliśmy się od wybuchów rakiet i bombardowań. Osoba, która nigdy wcześniej nie zetknęła się z czymś takim, oczywiście nie miała pojęcia, co robić i co się dzieje. Wiele osób nie miało przygotowanych walizek alarmowych ani schronów. Wróg bardzo szybko ruszył do ataku, a łączność nie zawsze działała, więc nikt do końca nie rozumiał, co się dzieje. Działania bojowe z użyciem ciężkiego sprzętu toczyły się zaledwie kilkanaście kilometrów od nas” - wspomina dyrektorka firmy. W tym okresie produkcja została całkowicie wstrzymana. Do aktywnej pracy udało się wrócić dopiero latem 2023 roku.

"Nasz inżynier, który w tym czasie już walczył na froncie, przesłał mi rysunki z pytaniem, czy jesteśmy w stanie coś takiego zrobić"

Iryna Kowal opowiada, że w pierwszych dniach wojny większość pracowników przedsiębiorstwa dobrowolnie poszła na front. To właśnie oni stali się inspiracją dla pierwszego projektu nowo zorganizowanej firmy - wózków ewakuacyjnych. „Nasz inżynier, który w tym czasie już walczył na froncie, przesłał mi rysunki z pytaniem, czy jesteśmy w stanie coś takiego zrobić. Stanęli przed prostym, ale istotnym problemem: do ewakuacji rannego na noszach potrzeba 4-6 osób. Żołnierz w pełnym umundurowaniu waży dodatkowo co najmniej 120 kg, a wszyscy ci ludzie są narażeni na ciągłe niebezpieczeństwo” - wspomina pani Iryna. Na podstawie przesłanych rysunków udało się wyprodukować pierwsze testowe egzemplarze wózków. Żelazna konstrukcja pozwala umieścić na niej rannego, a specjalne pasy przytwierdzają go do pasa żołnierza prowadzącego ewakuację. „Taki system znacząco ułatwia i przyspiesza cały proces, a wolne ręce pozwalają żołnierzowi pozostać gotowym do działania, nawet w razie gdyby trzeba było strzelać. Wózek jest zaprojektowany na obciążenie do 150 kg, choć testy pokazały, że może wytrzymać nawet do 300 kg” — wyjaśnia dyrektorka.

ZOBACZ TEŻ: To był największy atak! Putin dalej mrozi Ukraińców

Z czasem żołnierze zaczęli używać wózków nie tylko do ewakuacji rannych, ale również do transportu zaopatrzenia i amunicji

O tym, o czym firma mówi rzadko publicznie, jest fakt, że wózki często wykorzystywane są także do ewakuacji poległych żołnierzy. „Odległość do punktu ewakuacji bywa bardzo duża - od 6 do 18 kilometrów. Ranni żołnierze muszą ją pokonywać sami. Dodatkowo pojazdy ewakuacyjne są bardzo widocznym celem dla wroga: gdy tylko je zauważy, natychmiast atakuje. Dlatego użycie wózków jest znacznie łatwiejsze i bezpieczniejsze niż noszenie rannych na noszach czy na rękach” – tłumaczy. Z czasem żołnierze zaczęli używać wózków nie tylko do ewakuacji rannych, ale również do transportu zaopatrzenia i amunicji.

Produkcja w firmie znacznie się od wybuchu wojny rozwinęła. Do podstawowych wózków dodano nosze na kółkach, ewakuacyjne sanie, przyczepy do quadów oraz platformy do transportu innego sprzętu. Wszystko dostało odpowiednie certyfikaty i zostało opracowane wspólnie z żołnierzami. Część rozwiązań została opracowana bezpośrednio przez wojskowych, inne to adaptowane wersje standardów stosowanych w krajach NATO. Główną różnicą jest cena.„Dla przykładu, jeśli nosze NATO kosztują do 42 tys. hrywien (ok. 4 tys. zł – przyp. red), nasze kosztują około 3 tys. (ok. 300 zł – przyp.red). To oznacza, że możemy wyprodukować znacznie więcej sztuk. Ponadto wciąż wprowadzamy udoskonalenia w oparciu o feedback od żołnierzy” — opowiada dyrektorka Brammer. Finansowanie produkcji firma zapewniała dzięki zbiórkom charytatywnym. Jak podkreśla Iryna, to właśnie dzięki pozyskanym w ten sposób środkom udało się wyprodukować i dostarczyć na front ponad 8 tys. wózków ewakuacyjnych. Poza tym pododdziały wojskowe i nie tylko mogą zakupić bezpośrednio przez stronę internetową firmy.

"Kiedy po raz kolejny otworzył oczy, zobaczył, że ewakuują go na naszym wózku"

Najbardziej w pamięci dyrektorki utkwiła historia jednego z byłych pracowników Brammer, który był zaangażowany w produkcję wózków, a później został zmobilizowany. Podczas jednego z pierwszych wyjść bojowych odniósł poważne rany. Ewakuacja okazała się niezwykle trudna. Ranny spędził w takim stanie około trzech dni. „Opowiadał, że gdy odzyskiwał przytomność, nad jego głową nieustannie latały drony. Próbował się schować, by go nie zauważono. W pewnym momencie pomyślał, że to koniec i zaczął modlić się do Boga. Kiedy po raz kolejny otworzył oczy, zobaczył, że ewakuują go na naszym wózku - i to żołnierze z zupełnie innej brygady” - wspomina Iryna. Podczas ewakuacji ranny zwrócił się do żołnierzy: „Wiecie co, sam mogłem spawać ten wózek”.

"Jeśli to drony, mamy około półtorej godziny, zanim mogą dolecieć. Jeśli widzimy, że to rakieta balistyczna - wtedy wszyscy natychmiast przerywają pracę"

Na pytanie o to, jak prowadzić produkcję w czasie wojny, dyrektorka odpowiada krótko: to niezwykle trudne. Po tym jak prawie cały męski personel poszedł na front, Iryna Kowal praktycznie sama musiała od podstaw budować nowy zespół. Oprócz pracy menedżerskiej, jako założycielka i dyrektorka produkcji spędza w zakładzie większość swojego czasu. Przez prawie cztery lata wojny musiała przyzwyczaić się do wielu trudnych okoliczności. Przykładowo, z powodu regularnych przerw w dostawie prądu, spowodowanych rosyjskimi atakami na ukraińską infrastrukturę energetyczną, produkcja odbywa się wtedy, gdy jest prąd. Jak podkreśla dyrektorka, trzeba było również „dostosować się” do ostrzałów. „Jeśli istnieje realne zagrożenie, wstrzymujemy pracę. Ale jeśli to tylko alarm powietrzny, wszyscy pracują” – wyjaśnia. Decyzje podejmowane są w zależności od rodzaju zagrożenia: „Sprawdzamy, o jakiego typu alarm chodzi. Jeśli to drony, mamy około półtorej godziny, zanim mogą dolecieć. Jeśli widzimy, że to rakieta balistyczna - wtedy wszyscy natychmiast przerywają pracę”.

Według niej, alarmy powietrzne pojawiają się dość często, ale pod tym względem sytuacja nie różni się od innych regionów Ukrainy. Plusem lokalizacji zakładu jest fakt, że ostrzały artyleryjskie go nie dosięgają. Mimo tego, przyznaje Iryna, zmęczenie daje się we znaki. Jednak zawsze myśli o tych, którzy mają znacznie trudniej: „Rozumiem, że dla naszych obrońców warunki są o wiele cięższe. To oni nas chronią. Robią wszystko, aby w całym kraju nie było tak, jak w Buczy. Jeśli każdy robiłby to, co może w swoim miejscu - to byłoby niesamowite”.

Sonda
Czy uważasz, ze wojna na Ukrainie może się zakończyć w 2026 roku?
QUIZ. Na jakim kontynencie jest to państwo? Masz 10 szans na sukces!
Pytanie 1 z 10
Na jakim kontynencie leży Liban?
Zełenski GRZMI w Davos. Roch Kowalski i Radosław Gruca OCENIAJĄ przemówienie ukraińskiego prezydenta | Express Biedrzyckiej