Spis treści
Dramat po starcie w Chinach. Jakub Szymański był cieniem samego siebie
Dla polskiego płotkarza złoty medal wywalczony na bieżni w Toruniu znaczy znacznie więcej, niż tylko doskonałe podsumowanie udanego sezonu pod dachem. Stanowi on osobisty rewanż za traumatyczne przeżycia z halowych mistrzostw świata w chińskim Nankinie sprzed roku. Szymański poleciał tam doskonale przygotowany, z nadziejami na najwyższy stopień podium, jednak wrócił stamtąd zupełnie rozbity, zarówno psychicznie, jak i mentalnie.
- Zostałem z niczym, zostałem z rozpaczą, nie miałem energii na sezon letni. To było duże podcięcie skrzydeł - wspomina Szymański.
Zeszłoroczne niepowodzenie odcisnęło ogromne piętno na jego codziennym funkcjonowaniu.
- Przez rok psychicznie nie miałem życia. Wszystko, co było związane ze sportem, łączyło się z Chinami.
Trauma po chińskich zawodach była na tyle silna, że dawała o sobie znać również na poziomie fizjologicznym. Przez niemal 360 dni sportowiec zmagał się z powracającymi koszmarami.
- Wymyślałem dzień i noc, tuż po przebudzeniu zawsze o tym myślałem. Potem jak robię pomiar tętna, to mi wyskakuje, że mam 100 po obudzeniu, gdzie powinienem mieć 40, bo po prostu podnosi mi to zawsze ciśnienie - wyznaje lekkoatleta.
Zastanawiające jest to, że nawet najbliższe otoczenie sportowca nie było w pełni świadome tego, jak głęboki kryzys przechodzi Szymański.
- Rodzina myślała, że spłynęło to po mnie jak po kaczce. Myśleli, że ten start nie jest taki dotkliwy, że jestem taki młody. A ten start okazało się, że ciążył psychicznie, ale nie złamał mnie, tylko mnie wzmocnił - podkreśla mistrz.
Toruński triumf i ogromne wzruszenie. Reprezentant Polski nie krył łez
Osiągnięcie finału w Toruniu stanowiło punkt kulminacyjny trwających rok przygotowań, które obejmowały nie tylko sferę fizyczną, ale przede wszystkim odporność psychiczną. Polski zawodnik miał pełną świadomość wagi tego momentu. Szymański czuł ogromne wsparcie ze strony swoich bliskich oraz zgromadzonych na trybunach polskich kibiców, którzy dopingiem dodawali mu sił w drodze do mety.
- Czekałem na ten dzień 360 dni. Jak zobaczyłem swoją rodzinę, która tam czeka, która kupiła bilety, to wiedziałem, że muszę to zrobić. Adrenalinę dała mi też publiczność, wiedziałem, że mi bardzo w tym pomoże - mówi.
Kiedy Szymański dobiegł do mety z imponującym wynikiem 7,40 s i zdobył tytuł mistrza świata, wszystkie tłumione przez miniony rok emocje eksplodowały.
- Praktycznie pierwszy raz w karierze zeszkliły mi się oczy. Potem przytuliłem się do taty, do mamy, do rodziny i po prostu się wypłakałem. Wypłakałem się jak mały chłopiec, bo po prostu tego potrzebowałem przez rok - wyznaje wzruszony Szymański.
Dla polskiego sprintera było to prawdziwe oczyszczenie. Upragniony i wymarzony moment w końcu stał się faktem.
- Teraz to się zmieni. Wymarzyłem sobie ten dzień. Wracam do domu, będę mógł spać normalnie i jak się będę budził, to będę miał wywalone na to, co jest jutro, bo mogę się cieszyć w końcu z tego, co dokonałem - dodaje.
Szymański czerpie siłę z niepowodzeń. Poradził sobie bez pomocy specjalistów
Droga Jakuba Szymańskiego to doskonały przykład na to, jak potężną motywację można wyciągnąć z doznanych porażek. Wzorując się na legendach światowego sportu, takich jak Michael Jordan, Rafael Nadal czy Dayron Robles, lekkoatleta doszedł do wniosku, że sportowe upadki stanowią nieodłączny element wspinaczki na sam szczyt.
- Wygrane czy udane występy nie uczą tak mocno jak porażki - uważa Szymański.
Co istotne, przez cały ten naznaczony kryzysem czas, polski mistrz nie szukał wsparcia u psychologa sportowego. Jak sam przyznaje, zdołał samodzielnie wypracować skuteczne sposoby walki z presją i napięciem.
- Nie potrzebowałbym żadnego psychologa, ponieważ jestem odmienny i radzę sobie dobrze z problemami sam, bo dużo ze sobą rozmawiam i uważam, że jest to wielka i bardzo pomocna metoda - wyjaśnia.