Spis treści
- Na początku lipca zaczną obowiązywać nowe unijne przepisy, do których nasz kraj nie zdołał się przygotować.
- Luka w krajowym prawie blokuje przedsiębiorstwom możliwość zdobycia niezbędnych pozwoleń i wypycha je poza granice.
- Polityczne przepychanki sprawiły, że jesteśmy jedynym obok Rumunii państwem w Unii bez odpowiednich regulacji.
Pierwszy dzień lipca bieżącego roku to niezwykle ważny termin dla europejskiego sektora cyfrowych finansów. Każdy podmiot planujący świadczenie usług związanych z wirtualnymi walutami na terenie Unii Europejskiej będzie musiał legitymować się odpowiednim zezwoleniem. Taki obowiązek nakłada na przedsiębiorców unijne rozporządzenie o rynkach kryptoaktywów. W tym miejscu pojawia się jednak gigantyczny problem dla rodzimych firm.
Nowe prawo działa we wszystkich państwach członkowskich, ale zdobycie stosownego dokumentu nad Wisłą jest obecnie całkowicie wykluczone. Podstawowa trudność polega na tym, że pomimo obowiązywania europejskich regulacji polski parlament nie uchwalił jeszcze krajowych przepisów wykonawczych. Brakuje dokumentu wskazującego konkretny urząd odpowiedzialny za przyjmowanie wniosków i wydawanie certyfikatów.
Komisja Nadzoru Finansowego w swoim lutowym stanowisku oficjalnie potwierdziła ten legislacyjny impas. Urzędnicy wyraźnie zaznaczyli, że nie mogą rozpocząć żadnych postępowań administracyjnych bez ustawowego upoważnienia. Wyznaczony na początek lipca termin ma charakter ostateczny i żadne krajowe instytucje nie mają możliwości jego przesunięcia.
Skutki tych zaniedbań boleśnie uderzą w rodzimy biznes cyfrowy. Przedsiębiorcy chcący kontynuować legalną działalność muszą natychmiast rozpocząć poszukiwania wsparcia u zagranicznych organów nadzoru. Zdobędą potrzebne dokumenty na przykład w urzędach niemieckich lub hiszpańskich, a następnie wrócą z nimi na nasz rynek. Taki obrót spraw całkowicie uzależnia polską branżę od decyzji podejmowanych przez urzędników w innych stolicach.
Unijne rozporządzenie MiCA porządkuje rynek kryptowalut
Zrozumienie skali problemu wymaga spojrzenia na same założenia nowej dyrektywy. Jest to po prostu ujednolicony pakiet przepisów dla całego europejskiego ekosystemu cyfrowych pieniędzy. Bruksela postanowiła ostatecznie zapanować nad dotychczasowym bałaganem prawnym i zagwarantować inwestorom we wszystkich państwach identyczny poziom bezpieczeństwa.
Najważniejszym zadaniem tych ram prawnych jest ujednolicenie nadzoru i zlikwidowanie zjawiska ucieczki firm do jurysdykcji o najmniej restrykcyjnym podejściu. Ustawodawcy chcieli wyeliminować sytuacje, w których przedsiębiorstwa swobodnie wybierały sobie państwo z najbardziej pobłażliwymi urzędnikami.
Kluczowym elementem nowego systemu jest mechanizm jednolitego paszportu dla dostawców usług. Firma zdobywająca uprawnienia w jednym wybranym kraju otrzymuje automatycznie prawo do obsługiwania klientów na terenie całej wspólnoty. Takie rozwiązanie ułatwia prowadzenie biznesu, ale wymaga perfekcyjnego i rygorystycznego kontrolowania podmiotów w każdym państwie członkowskim.
Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych przygotował już szczegółowe wytyczne dla lokalnych instytucji kontrolnych. Inspektorzy prześwietlą nie tylko księgi rachunkowe firm, ale bardzo dokładnie sprawdzą także modele biznesowe i systemy informatyczne. Nowe prawo ma budować zaufanie, jednak uczestnictwo w tym systemie wymaga sprawnego aparatu państwowego.
Nadzór nad giełdami kryptowalut w innych państwach
Europejscy urzędnicy nie są pionierami w kwestii porządkowania obrotu cyfrowym kapitałem. Podczas gdy nasz kraj wciąż zwleka z uchwaleniem fundamentalnych praw, inne państwa od dawna stosują sprawdzone mechanizmy kontrolne. Stosowane modele bywają bardzo odmienne, ale zawsze opierają się na funkcjonowaniu silnego urzędu wydającego stosowne certyfikaty.
Światowe zasady nadzoru wahają się od mocno rozbudowanych struktur amerykańskich po całkowitą delegalizację w państwie środka. W Stanach Zjednoczonych nie stworzono jednego spójnego aktu prawnego, a odpowiedzialność za rynek rozdzielono pomiędzy potężne instytucje federalne. Z kolei brytyjski rząd opiera swoje działania na wyspecjalizowanych agencjach finansowych i stale rozszerza ich kompetencje.
Znaczna część państw zdecydowała się na bardzo przejrzyste ścieżki autoryzacji podmiotów. Władze szwajcarskie zaprezentowały swoje wytyczne dla wirtualnych aktywów już sześć lat temu. Kraje azjatyckie również bardzo szybko wprowadziły rygorystyczne obowiązki rejestracyjne dla internetowych giełd. Wyjątkowo ciekawe rozwiązanie zastosowano w Dubaju, gdzie powołano całkowicie nowy urząd przeznaczony wyłącznie do monitorowania wirtualnych aktywów.
Zdecydowanie najbardziej radykalne podejście zaprezentowały władze w Pekinie, które po prostu zdelegalizowały obrót wirtualnymi monetami. Tak ogromna różnorodność w skali globu pokazuje brak jednego doskonałego modelu zarządzania. Udowadnia to jednocześnie, że całkowity brak jakichkolwiek regulacji na polskim rynku stanowi dziś ogromny ewenement.
Ustawa o kryptoaktywach blokowana przez polityków
Nasz kraj wraz z Rumunią tworzy obecnie niechlubny duet państw spóźnionych z wdrażaniem europejskich wytycznych. Powody tych opóźnień są jednak w obu stolicach zupełnie odmienne. Bukareszt zmaga się ze zwykłymi problemami urzędniczymi, natomiast nad Wisłą sprawa rozbija się o twardy spór na najwyższych szczeblach władzy.
Głowa państwa zablokowała dwie wcześniejsze próby uporządkowania tych kwestii poprzez weto. Posłowie pracują teraz nad trzecim projektem aktu prawnego regulującego funkcjonowanie tego środowiska. Nowe przepisy mają ostatecznie przekazać kompetencje kontrolne Komisji Nadzoru Finansowego.
Brak lokalnych norm sprawia, że unijne dyrektywy nie mogą być u nas skutecznie egzekwowane. Tworzy to wysoce absurdalną sytuację dla całego rynku. Zagraniczne instytucje zaczną wydawać pełnoprawne licencje, a krajowi przedsiębiorcy będą musieli zdobywać je poza granicami swojej ojczyzny. Utrata cennego czasu nieuchronnie niszczy konkurencyjność naszych rodzimych spółek technologicznych.