Spis treści
Nowe "Wichrowe wzgórza" wywołują skrajne emocje i dzielą publikę oraz krytyków. Zagorzali miłośnicy powieści Emily Brontë wylali na film Emerald Fennell wiadro pomyj już na etapie ogłoszenia castingu, a z każdą kolejną zapowiedzią niezadowolenie tylko rosło. Adaptacje powieści, czy nawet gier wideo, nie mają ostatnio najlepszej prasy, a wszystko za sprawą piętrzących się klęsk kreatywnych - od "Rodu smoka", przez drugi sezon "The Last of Us", po opowieść o toksycznej miłości Cathy i Heathcliffa. Miłą odmianą okazał się zaś szeroko chwalony "Rycerz Siedmiu Królestw", który kurczowo trzyma się pióra George'a R. R. Martina (na tyle, na ile pozwolił zdrowy rozsądek). Powraca więc pytanie - czy dobra adaptacja to wyłącznie wierna adaptacja?
"Wichrowe wzgórza" zbierają cięgi. Jak to jest z tymi adaptacjami?
Adaptacja nie jest synonimem ekranizacji, gdyż z definicji zakłada nawet daleko idące zmiany w fabule i charakterystyce postaci. Na rozmaite niezgodności z pierwowzorem narzekają fani, a co na to autorzy? Wiemy, że wspomniany George R. R. Martin śmiertelnie obraził się na twórcę "Rodu smoka", Ryana Condala, który porzucił oryginalną opowieść na rzecz swego...kiepskiego fanfiction. W tym przypadku samo naniesienie zmian nie było jednak sednem problemu, a zakulisowe umowy między autorem, a showrunnerem, oraz kuriozalność wymysłów pana Condala. O opinię w temacie adaptacji i ich wierności, tudzież jej braku, wobec oryginału zapytałam polską pisarkę Sylwię Chutnik.
Sylwia Chutnik jest laureatką Paszportu Polityki i trzykrotnie nominowano ją do Nagrody Literackiej Nike - za "Kieszonkowy atlas kobiet", "Cwaniary" i "W krainie czarów". Jej książki przetłumaczono na kilka języków, a dwie z nich trafiły na deski teatru. Co zatem sądzi o adaptacjach?
Jestem pisarką, która jest przekładana na inne języki, ale również na języki teatru i wiem z doświadczenia, że w pewnym momencie trzeba po prostu puścić swój tekst, zaufać osobom, które go interpretują i adaptują, i zobaczyć, co się wydarzy. To jest czasem trudne, bo jesteśmy przyzwyczajone i przyzwyczajeni do naszej wersji, tego co nam siedziało w głowie, kiedy pracowaliśmy nad tekstem, ale myślę, że moment, w którym właśnie oddajemy nasze dziecko i ktoś inny ma na ten temat jakąś myśl, jakąś wizję, to jest to też moment pokory dla nas samych jako artystów i artystek. Teraz ich kolej - odparła.
Polecany artykuł:
Czy "Wichrowe wzgórza" to rzeczywiście romans?
Entuzjaści twórczości Emily Brontë od lat spierają się, czy "Wichrowe wzgórza" winniśmy kategoryzować jako ponadczasowy romans (jakim często nazywana jest ta powieść), czy jednak gotycki horror. Sylwia Chutnik hołduje założeniu why not both?.
Mając w pamięci choćby Jane Austen, ale właśnie siostry Brontë i całą resztę, myślę, że my lubimy skupiać się tylko i wyłącznie na tym takim podstawowym elemencie romansów, dramatów czy relacji międzyludzkich, ale jest tam też wiele historii dotyczących realiów społecznych, kulturowych czy wręcz politycznych. Dla każdej coś miłego. Jeżeli chcemy tylko i wyłącznie zostać na tej takiej powierzchni pierwotnej - jasne. Ale myślę, że tam jest o wiele więcej treści i to jest też ciekawe z tego względu, że możemy zobaczyć też element myślenia doświadczeniem kobiecym, a to zawsze jest warte w naszej kulturze - skwitowała pisarka.