Spis treści
Pożar w Bangkoku, dziesiątki ofiar. Goście próbowali wydostać się przez płonące wejście
Wydarzenia, do których doszło minionej nocy w Tajlandii przywodzą na myśl sylwestrową tragedię, jaka rozegrała się w ostatniego sylwestra we Włoszech. Wtedy w jednym z górskich kurortów płomienie strawiły klub, zabijając około 40 osób i raniąc 115 kolejnych. Wstrząsające filmy z Bangkoku bardzo przypominają tamten koszmar. Z informacji wynika, że ogień w lokalu Rong Beer Na Lat Phrao wybuchł w niedzielę niedługo przed północą czasu lokalnego. Pub znajduje się w rejonie Chatuchak, niedaleko popularnego wśród turystów i mieszkańców targu weekendowego. Przyczyną tragedii była najprawdopodobniej awaria techniczna.
Z relacji świadków wynika, że pierwsze płomienie pojawił się w okolicach sceny, a grający muzycy zauważyli dym wydobywający się z instalacji elektrycznej. Następnie rozległa się eksplozja. W krótkim czasie wnętrze spowił gęsty dym, a ogień zaczął błyskawicznie przemieszczać się tuż pod sufitem lokalu.
Dziesiątki poszkodowanych po wybuchu w tajlandzkim pubie. Trwa ustalanie tożsamości ofiar
W sieci krążą filmy z telefonów, na nagraniach widać spanikowanych gości próbujących wydostać się z płonącego budynku, a z wejścia bucha potężny ogień, przyrównywany przez świadków do płomieni z silnika odrzutowego. Bilans jest tragiczny: nie żyje co najmniej 27 osób. Zgodnie z informacjami Chadcharta Sittipunta, gubernatora Bangkoku, rannych zostało 63 osób, a stan 22 z nich ocenia się jako krytyczny. Łącznie w pożarze ucierpiało około 90 uczestników imprezy. Służby wciąż sprawdzają, czy wśród poszkodowanych i zabitych są obcokrajowcy.
Służby ratownicze zjawiły się przy barze w okolicach północy. Strażakom zajęło niemal trzydzieści minut opanowanie żywiołu. Przed budynkiem udzielano pomocy rannym, ciała zmarłych przykrywano workami.
Przedstawiciele władz poinformowali, że wiele ciał odkryto w rejonie wyjścia awaryjnego. Trwa badanie, czy drzwi ułatwiające ewakuację nie były w jakiś sposób zatarasowane. Anutin Charnvirakul, pełniący funkcję premiera Tajlandii, stwierdził, że część ofiar desperacko szukała ratunku w toaletach pozbawionych okien i wyjścia na zewnątrz. Prawdopodobnie zgubił ich ogromny stres i chęć natychmiastowego ukrycia się przed zabójczym dymem.
Jak zaznaczył gubernator Bangkoku, to właśnie wdychany dym okazał się śmiertelnym zagrożeniem dla większości zmarłych. Odpowiednie służby kontynuują szczegółowe dochodzenie mające wyjaśnić wszystkie przyczyny tego zdarzenia.
Tajlandia doświadczała już podobnych tragedii w przeszłości. Dwa lata temu 14 osób poniosło śmierć w płonącym klubie muzycznym. Z kolei w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia 2009 roku w bangkockim lokalu Santika zginęło aż 66 gości, a ponad dwustu odniosło rany. Dochodzenie wykazało wtedy, że ogień został zaprószony przez pokaz sztucznych ogni odpalonych wewnątrz sali.