Ostatni start Aleksandry Mirosław w Polsce. Zaskakujący błąd mistrzyni

Mistrzyni olimpijska we wspinaczce na czas Aleksandra Mirosław pożegnała się z polską publicznością w Krakowie. Podczas zawodów Pucharu Świata utytułowana zawodniczka we wspinaczce na czas niespodziewanie odpadła przez falstart. Sportsmenka z Lublina zapowiada rychłe zakończenie kariery, jednak czuje się całkowicie spełniona.

Ostatni start Aleksandry.jpg
Autor: Redaktor internetowy/ Wygenerowane przez AI Dłoń kobiety w rękawiczce sięga do czerwonego chwytu na ścianie wspinaczkowej. Z dłoni unosi się pył magnezji.

Pożegnanie mistrzyni w stolicy Małopolski

Podczas weekendowych zawodów Pucharu Świata w Krakowie wystartowała 32-letnia zawodniczka z Lublina. W rywalizacji finałowej na czterech torach Polska mistrzyni olimpijska z Paryża popełniła niespodziewany falstart. Zwyciężczynią zawodów na krakowskim Rynku została Indonezyjka Desak Made Rita Dewi, drugie miejsce zajęła Natalia Kałucka, a trzecie Amerykanka Emma Hunt. W fazie ćwierćfinałowej zawodniczka ze Stanów Zjednoczonych poprawiła o 0,04 sekundy dotychczasowy rekord świata.

Start w sztafetach również nie ułożył się po myśli najbardziej utytułowanej polskiej wspinaczki. W parze z Patrycją Chudziak polski zespół dotarł zaledwie do etapu ćwierćfinałowego. Biegnąca na pierwszej zmianie młodsza z Polek odpadła od ściany, co uniemożliwiło kontynuację wyścigu. Dla Mirosław był to pierwszy w tym sezonie start w profesjonalnych zawodach międzynarodowych.

- Ten falstart to był dla mnie czysty szok. Pierwszy w karierze... Nie potrafię odpowiedzieć, co się wydarzyło w finale. Podeszłam do niego z naprawdę bardzo dobrym nastawieniem. Wszystko było poukładane w mojej głowie, ale przytrafił się ten falstart. Mogło się to zdarzyć wszędzie, w każdym biegu, ale wydarzyło się w Krakowie. Tak po prostu czasami jest i tyle. Taki jest sport, czasami bywa brutalny – zaznaczyła.

- To nie był łatwy start, bo emocje na początku były naprawdę ciężkie. Wiedziałam, że wychodzę na zawody Pucharu Świata po raz ostatni. Przed startem zmagałam się z wieloma ograniczeniami, przede wszystkim w mojej głowie. Wiadomo, każdy przyjeżdża biegać swoje i wygrać, ale koniec końców naprawdę schodzę ze sceny z podniesioną głową, dumna ze swojej kariery, z tego czego dokonałam – powiedziała Mirosław.

- Cieszę się, że mogłam po prostu biegać od początku do końca i podziękować kibicom za te wszystkie lata, kiedy mnie wspierali. Chciałam się pożegnać z fanami i myślę, że zrobiłam w najlepszy możliwy sposób, bo jednak biegałam do końca, walczyłam – dodała.

- Był to trudny występ, przede wszystkim dlatego, że nie miałam wcześniej żadnego startu w tym sezonie. Ale podjęliśmy tę decyzję świadomie, ponieważ wiem, ile cały mój zespół włożył w to sił. Także oni wiedzą, ile kosztują mnie teraz przygotowania do pojedynczego startu. Powiedzmy sobie wprost: już jestem stara i to czuję. Odpoczynek, regeneracja są po prostu dużo dłuższe niż u młodszych zawodniczek. To naturalne, taka jest kolej rzeczy - tłumaczyła.

- I tam zrobiłam absolutnie wszystko na najwyższym poziomie. Jestem z tego ogromnie dumna - wspomniała.

Jakie plany na przyszłość ma Aleksandra Mirosław?

Utrata historycznego rekordu świata, wynoszącego dotychczas 6,03 sekundy, została przyjęta przez Polkę z dużym spokojem. W kalendarzu startowym na obecny rok zaplanowano jeszcze sierpniowe mistrzostwa Europy we francuskim Laval. W przyszłym roku planowany jest ostateczny, pożegnalny występ podczas Letnich Wojskowych Igrzysk Wojskowych, które odbędą się w amerykańskim mieście Charlotte.

Zakończenie profesjonalnej kariery wspinaczkowej nie oznacza całkowitego rozbratu ze sportem. Utytułowana zawodniczka skupi się na rozwoju własnych projektów edukacyjnych dla dzieci, w tym Akademii 6,02 w Lublinie oraz cyklu zawodów UP! Games. Dodatkowo będzie aktywnie obserwować poczynania reprezentacji Hiszpanii, której głównym szkoleniowcem został jej mąż, Mateusz Mirosław.

- Emma pobiegła wspaniale, mogę jej wyłącznie pogratulować, bo wiem sama, jak ciężko jest biegać na tym poziomie, jak ciężko jest dojść do tego. Nie mam w sobie żadnej zazdrości czy złości. Mam to szczęście i ten przywilej, że 11 rekordów świata należy do mnie, ale rekordy są po to, żeby je poprawiać, żeby iść do przodu. Rozmawiałam z Emmą, powiedziała, że śledziła moją karierę, cieszę się, że ten sport tak się rozwija. Będzie dla mnie czymś fascynującym obserwować rozwój wspinaczki z innej pozycji – podkreśliła.

- Rzeczywiście w przyszłym roku czeka mnie ostatni start w karierze, ale jeszcze o tym nie myślę. Na razie po prostu cieszę się tak naprawdę tym, że jestem blisko tych ostatnich dni w pracy. Mam nadzieję, że zainspirowałam przynajmniej kilku ludzi. Jeżeli tak jest, to mogę być po prostu szczęśliwa i spełniona – wskazała.

- Nigdy nie skupiałam się tak naprawdę na tym, że chcę pobiec rekord świata. Powiem jeszcze tak: kiedy się skupiasz na uzyskaniu konkretnego czasu, to się nie udaje. Pojawia się napięcie, sztywność i tak naprawdę myśli są tam, gdzie nie powinny być – przyznała.

- Tak naprawdę nie ma już za bardzo wolnych dni w grafiku po sierpniu. Na „emeryturze” na pewno nie będę się nudzić. Mam przed sobą wiele wspaniałych projektów: Akademia 6,02 w Lublinie, która na początku przyszłego roku będzie otwierać swoje filie w innych miastach w Polsce, czy zawody UP! Games. Te wszystkie projekty są skierowane do dzieci, ale każdy z nich obejmuje trochę inny obszar - tłumaczyła.

- Mam możliwość obserwowania rozwoju zawodniczek i zawodników z Hiszpanii tak naprawdę z pierwszego rzędu, a efekty jego pracy było widać w zawodach w Krakowie. Mateusz wkłada w to ogrom pracy i serca. Dopinguję go, bo to jest jego projekt. Cieszę się, że mogę dzięki niemu zostać w tym sporcie po zakończeniu kariery, żyć zawodami, ale trochę z innej perspektywy niż do tej pory. To jest dla mnie niesamowicie ekscytujące – zauważyła.