Spis treści
Dobre wieści z Zatoki Perskiej. Eksport ropy znów w górę
Początek konfliktu zbrojnego między USA, Izraelem a Iranem zwiastował długoterminowe problemy na światowych rynkach paliw. Wrześniowe statystyki napawają jednak nadzieją. Z Zatoki Perskiej, która odgrywa kluczową rolę w globalnym bezpieczeństwie energetycznym, transportowanych jest znacznie więcej surowca, niż można było zakładać jeszcze kilka tygodni wstecz.
Z najnowszego, cyklicznego podsumowania Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE) wynika, że we wrześniu eksport ropy z Zatoki Perskiej dobił do 13,9 mln baryłek na dobę. Oznacza to wzrost o 4,4 mln baryłek względem poprzednich miesięcy i powrót do ponad 75 proc. wolumenu sprzed 28 lutego. Zdecydowany wpływ na te wyniki ma Arabia Saudyjska, która podbiła swoje dostawy.
Poprawę sytuacji najlepiej widać w cieśninie Ormuz – ważnym strategicznie obszarze, przez który przed wybuchem walk transportowano jedną piątą globalnego zapotrzebowania na ropę. We wrześniu przesył surowca tą drogą wodną podskoczył o 3,7 mln baryłek dziennie. Taki wzrost to gigantyczne odciążenie dla rynku, który od długiego czasu boryka się z perspektywą kosmicznych cen ropy w 2026 roku. Jak do tego doszło w samym centrum konfliktu zbrojnego?
Sprytna sztuczka logistyczna. Jak firmy naftowe omijają niebezpieczeństwo?
Rozwiązanie tej zagadki jest niezwykle proste i obnaża, jak wielkie korporacje potrafią elastycznie reagować w ekstremalnych sytuacjach. Naftowi potentaci zrezygnowali z posyłania swoich gigantycznych i niezwykle drogich supertankowców bezpośrednio w rejon największego ryzyka. Ich taktyka opiera się na umiejętnym przeładunku na pełnym morzu.
Na czym to polega? Zwinne i mniejsze statki wpływają do portów w Zatoce Perskiej. Tam tankują surowiec, po czym kierują się na bezpieczniejsze, międzynarodowe wody. Właśnie tam oczekuje na nie wielka jednostka. Podczas operacji określanej mianem „ship-to-ship”, surowiec jest pompowany z mniejszego tankowca na ten ogromny. W ten sposób supertankowiec, który jest w stanie zmieścić miliony baryłek za jednym kursem, omija konieczność wpływania do cieśniny Ormuz, gdzie ryzyko napaści jest największe.
Operacja „ship-to-ship” na otwartych wodach okazała się strzałem w dziesiątkę dla szybkiej reanimacji eksportu ropy z Zatoki Perskiej. Taki model działania ma dwa potężne plusy. Przede wszystkim minimalizuje liczbę drogocennych statków w rejonie działań militarnych. Dodatkowo redukuje czas, który mniejsze statki muszą spędzić w strefie ryzyka. To genialne posunięcie logistyczne, które pozwoliło rynkowi na chwilę wytchnienia. Nie jest ono jednak pozbawione wad.
Dlaczego MAE gasi optymizm? Są też fatalne informacje
Niestety, ta zmyślna taktyka jest jedynie półśrodkiem, a nie kompleksowym rozwiązaniem problemu. Międzynarodowa Agencja Energetyczna, pomimo optymistycznych danych za wrzesień, daleka jest od świętowania. Zgoła odmiennie – jej najświeższe zestawienie to ostudzenie entuzjazmu dla tych, którzy przedwcześnie ogłosili koniec kryzysu. Przyczyna jest banalna: sytuacja na Bliskim Wschodzie wcale nie ulega poprawie, a wręcz przeciwnie – zaostrza się.
Największe niebezpieczeństwo płynie ze strony jemeńskich rebeliantów Huti, których ataki nasiliły się w październiku. Biorą oni na celownik już nie tylko statki, ale też strategiczną infrastrukturę energetyczną na lądzie. Każde takie zdarzenie jest alarmem dla właścicieli statków i ubezpieczycieli, ostrzegającym przed gigantycznym ryzykiem. Konsekwencją jest wzrost cen transportu, co z kolei zniechęca przedsiębiorstwa do operowania w tym rejonie, nawet z użyciem mniejszych jednostek.
Na tym nie koniec kłopotów. O ile przesył surowej ropy zdołał się w jakimś stopniu odbić, o tyle sytuacja z przetworzonymi produktami naftowymi jest o wiele gorsza. Wrześniowy eksport takich paliw jak olej napędowy czy paliwo lotnicze z Zatoki Perskiej wyniósł ledwie 40 proc. tego, co przed wojną. To dobitnie świadczy o tym, że cały łańcuch dostaw wciąż boryka się z paraliżem.
To z tego powodu MAE zachowuje tak dużą dozę sceptycyzmu. Organizacja w swoim opracowaniu bez owijania w bawełnę przyznaje, że nie podnosi znacząco prognoz globalnej podaży ropy na resztę 2026 roku. Krótko mówiąc: wrześniowe odbicie to raczej krótkotrwała ulga, a nie zmiana o charakterze długofalowym. Rynek balansuje na cienkiej granicy, a bezpieczeństwo dostaw wisi na włosku.