Tajne dokumenty FBI wyciekły do sieci. Zawierają poważne oskarżenia wobec Donalda Trumpa
W internecie pojawiły się dokumenty z dochodzenia w sprawie Jeffreya Epsteina, które zawierają poważne zarzuty wobec prezydenta USA, Donalda Trumpa. Jak podają zagraniczne media, materiały dotyczą relacji kobiety ukrywającej się pod pseudonimem „Jane Doe 4”, która twierdzi, że jako nastolatka padła ofiarą przemocy seksualnej. Z jej relacji wynika, że nadużycia miały zacząć się, gdy miała zaledwie 13 lat.
Sprawa budzi ogromne emocje, choć zarzuty kobiety pozostają niepotwierdzone. Donald Trump nie jest objęty śledztwem karnym w tej sprawie i stanowczo zaprzecza jakimkolwiek powiązaniom z przestępstwami Epsteina. Nagłe pojawienie się dokumentów w sieci wywołało jednak dyskusję o działaniach amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości (DOJ).
Wiarygodna informatorka i zatajone notatki śledczych
Ujawnione materiały to część z 37 stron odręcznych notatek agentów FBI, spisanych w 2019 roku podczas przesłuchań kobiety z Karoliny Południowej. Departament Sprawiedliwości przez długi czas odmawiał ich upublicznienia, twierdząc, że są one jedynie powtórzeniem znanych już informacji. Tłumaczenie to spotkało się jednak z ostrą krytyką.
Kobieta była przesłuchiwana przez FBI aż cztery razy, a śledczy uznali jej wersję wydarzeń za wiarygodną, o czym informator z departamentu donosił dziennikowi „Miami Herald”. Część podanych przez nią szczegółów została później zweryfikowana. O wydanie tych dokumentów walczy w sądzie była prezenterka stacji MSNBC, Katie Phang, która domaga się ich ujawnienia.
Dziennikarz ujawnił nieocenzurowane akta w internecie?
Zaskakującego odkrycia dokonała nowojorska pisarka Amy Gabrielle, która natrafiła w sieci na archiwum zawierające poszukiwane materiały FBI. Sprawę zbadał badacz danych Rye Howard-Stone, który opisał swoje ustalenia na platformie Substack. Okazało się, że za wyciekiem miał stać dziennikarz portalu „Washington Examiner”, Kaelan Deese.
Jak podaje portal vt.co, reporter miał po cichu udostępnić 22 z 37 brakujących stron na platformie Scribd, tuż przed publikacją swojego artykułu o brakujących aktach Epsteina. Przez pięć miesięcy nikt z mediów nie zauważył, że tajne dokumenty są publicznie dostępne. Co najbardziej bulwersujące, pliki zostały wrzucone bez jakiejkolwiek cenzury.
W udostępnionych dokumentach widniało prawdziwe imię i nazwisko ofiary, jej szczegółowe dane biograficzne oraz dane kontaktowe do jej bliskich i przyjaciół z dzieciństwa. Wszystkie te wrażliwe informacje, które Departament Sprawiedliwości wcześniej ukrył, dziennikarz opublikował w surowej formie. Jak wskazał Howard-Stone, Deese należał do wąskiej grupy osób, którym kierownictwo departamentu potajemnie zaufało i przekazało nieocenzurowane akta.
Niewygodne pytania o prawdziwość ujawnionych dokumentów
Gdy Rye Howard-Stone skontaktował się z redakcją „Washington Examiner”, dziennikarz natychmiast usunął pliki z sieci. Wcześniej jednak zdążył przekazać dodatkowe odręczne notatki FBI przypadkowej osobie, która odkryła jego wpisy. Badacz dotarł do tego człowieka i zweryfikował jego korespondencję z dziennikarzem.
Sprawa wywołała dyskusję na temat autentyczności opublikowanych zapisków. Katie Phang przyznała, że moment ujawnienia notatek jest niezwykle interesujący. Jej zdaniem treść dokumentów podważa wcześniejsze tłumaczenia Departamentu Sprawiedliwości.
Phang podkreśliła, że FBI mogłoby natychmiast uciąć spekulacje na temat autentyczności akt, gdyby tylko dostosowało się do ustawy o przejrzystości akt Epsteina i oficjalnie je opublikowało. Dodała również, że ujawnione notatki wskazują na poważne oskarżenia pod adresem Donalda Trumpa dotyczące przemocy seksualnej i fizycznej, której ofiara miała doświadczać w wieku 13–15 lat. Zdaniem Phang, z tego powodu administracja Trumpa nie miała żadnego interesu w ich ujawnieniu.