Spis treści
Tajemniczy zegarek Radosława Piesiewicza. Szef PKOl pod ostrzałem mediów
Historia przypomina kadry z filmu akcji, a główną rolę odgrywa w niej prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosław Piesiewicz wraz ze szwajcarskim czasomierzem Patek Philippe, wycenianym na 172 tysiące złotych. Jak informują dziennikarze TVN24 oraz Wirtualnej Polski, niezwykle drogi gadżet miał stanowić upominek od Przemysława Krala, zarządzającego giełdą kryptowalut Zondacrypto. Taka szczodrość rzekomo wynikała z obietnicy protekcji u samego prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Szef PKOl zdecydowanie odrzuca oskarżenia o przyjęcie jakichkolwiek korzyści majątkowych. Podczas rozmowy na antenie TV Republika zadeklarował, że luksusowy przedmiot sfinansował w pełni ze swoich prywatnych oszczędności. Zgodnie z jego słowami, zapłata została uregulowana gotówką w szwajcarskich frankach, co rzekomo potwierdza stosowny wyciąg z rachunku bankowego. Prezes przekonuje również o istnieniu świadków tej transakcji, a jako ostateczny dowód prezentuje imienny certyfikat autentyczności, argumentując, że przy otrzymaniu darowizny taki dokument by nie istniał.
Biorąc pod uwagę powyższe fakty, sprawa znalazła się w całkowitym martwym punkcie. Z jednej strony pojawiają się medialne zarzuty o wręczenie łapówki, z drugiej padają stanowcze deklaracje szefa Polskiego Komitetu Olimpijskiego o uczciwym sfinalizowaniu transakcji. Bez względu na ostateczne rozstrzygnięcie tego sporu, gigantyczna wartość gadżetu Radosława Piesiewicza z pewnością przyciągnie wzrok urzędników skarbowych, którzy z urzędu zbadają źródło pochodzenia i legalność posiadania tak drogocennego majątku.
Podatek od darowizny dla szefa PKOl. Ekspert wylicza koszty Radosława Piesiewicza
Przyjmując hipotetycznie, że medialna teoria o hojnym podarunku jest zgodna z prawdą, sytuacja podatnika staje się skomplikowana. Dokładnej analizie dla dziennika „Fakt” poddał ją Piotr Juszczyk, ekspert reprezentujący firmę inFakt. Specjalista nie ma żadnych wątpliwości, że ewentualne uznanie czasomierza za bezpłatny prezent wygeneruje błyskawiczne i niezwykle surowe obciążenia finansowe.
Traktując przekazanie sprzętu w kategoriach klasycznej darowizny, procedura skarbowa pozostaje całkowicie bezlitosna. Jak podkreśla ekspert, „Gdyby zegarek potraktować jako darowiznę, sprawa jest prosta i bolesna. Panowie nie są rodziną, więc wchodzimy w trzecią grupę podatkową, tę dla osób obcych”.
W przypadku osób niespokrewnionych ze sobą, należących do trzeciej grupy podatkowej, ustawowy próg zwolnienia z opłat wynosi marginalne 5733 złote. Każda złotówka powyżej tej kwoty wymaga odprowadzenia daniny na rzecz państwa. Kalkulując wartość rynkową gadżetu na poziomie 172 tysięcy złotych, Radosław Piesiewicz musiałby wpłacić do urzędu dokładnie 31 834 złote podatku. Ponadto szef komitetu miałby obowiązek dostarczenia deklaracji SD-3 w zaledwie trzydzieści dni od momentu odebrania podarunku.
Pojawia się jednak dodatkowe zagrożenie dla obdarowanego. Jeżeli podatnik zignoruje obowiązek zgłoszenia takiego faktu urzędnikom, a prawda wyjdzie na światło dzienne podczas rutynowej weryfikacji, obciążenia gwałtownie szybują w górę. Skarbówka włącza w takich sytuacjach sankcję w postaci dwudziestu procent podatku od nadwyżki. Biorąc pod uwagę wartość kontrowersyjnego przedmiotu, karna opłata w tej niekorzystnej sytuacji wyniosłaby bezwzględnie 33 253 złote.
Być może ekskluzywny zegarek wcale nie stanowił darmowego upominku ani efektu zwykłej transakcji, lecz pełnił funkcję nieoficjalnego wynagrodzenia za tak zwane załatwienie sprawy, o czym spekulują dziennikarze. W takiej sytuacji aparat skarbowy uruchamia zupełnie odmienne procedury śledcze, a hipoteza o jakiejkolwiek darowiźnie z automatu przestaje funkcjonować w urzędowym obiegu prawnym.
Piotr Juszczyk zwraca uwagę, że urzędnicy zinterpretowaliby taki stan rzeczy jako osiągnięcie przychodu poprzez świadczenie w naturze z tak zwanych innych źródeł. W praktyce oznacza to potraktowanie luksusowego przedmiotu dokładnie tak samo jak comiesięcznego wynagrodzenia za pracę, co bezpośrednio podlega podatkowi dochodowemu PIT. Mając na uwadze standardowe zyski prezesa PKOl, oznaczałoby to niemal stuprocentową pewność zakwalifikowania go do najwyższego, wynoszącego trzydzieści dwa procent progu podatkowego.
Analizując takie prawdopodobieństwo, ekspert z firmy inFakt szacuje, że Radosław Piesiewicz musiałby przelać na konto fiskusa około 55 tysięcy złotych z tytułu samego podatku dochodowego. Warto stanowczo podkreślić, że powyższa suma nie uwzględnia dodatkowych odsetek karnych za ewentualną zwłokę. Skarbówka z łatwością mogłaby je doliczyć, jeżeli ujawnienie zysku nastąpiłoby znacznie później niż w wymaganym terminie rocznej deklaracji.
Zakup gotówką przez Radosława Piesiewicza? Skarbówka wyciągnie największe działa
Niezwykle ironiczny wydaje się fakt, że to właśnie wersja zdarzeń forsowana przez samego prezesa PKOl może wygenerować najpotężniejsze straty finansowe. Radosław Piesiewicz konsekwentnie zapewnia opinię publiczną, że szwajcarski gadżet stanowi jego prywatną własność, za którą zapłacił własną gotówką. Teoretycznie takie rozwiązanie powinno definitywnie zakończyć spekulacje, eliminując motyw przychodu, darowizny i opłat, jednak w twardej rzeczywistości jest to wyjątkowo zwodnicze założenie.
Tłumaczenia o własnoręcznym sfinansowaniu zakupu mogą dać urzędnikom doskonały pretekst do wszczęcia zupełnie nowej weryfikacji. Władze skarbowe posiadają pełne prawo, aby zażądać dokładnego wyjaśnienia pochodzenia 172 tysięcy złotych w żywej gotówce. Jeżeli Radosław Piesiewicz nie zdoła udowodnić bez cienia wątpliwości, że środki te pochodziły z jego legalnych dochodów, aparat państwowy potraktuje te pieniądze jako zarobek z nieujawnionych źródeł, co wiąże się z gigantycznymi problemami.
Specjalista z inFaktu ostrzega, że dokładne badanie źródła pochodzenia tak dużej gotówki to najgorszy z możliwych wariantów. Taki rozwój wypadków dobitnie udowadnia, że niezależnie od ostatecznego werdyktu w sprawie autentycznego przebiegu zdarzeń, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego musi przygotować się na potężne batalie z państwowym aparatem podatkowym. Skandal związany z drogocennym gadżetem z pewnością nie zakończy się szybko, a o jego ostatecznym finale zdecyduje wyłącznie twardy materiał dowodowy zaprezentowany organom państwowym przez głównych zainteresowanych.
Stawka od dochodów bez pokrycia wynosi 75 procent. To już byłoby 129 tys. zł — mówi Piotr Juszczyk.
Polecany artykuł: