"Thor: Miłość i grom" to rzeczywiście najlepszy film Marvela? RECENZJA nowego dzieła Taiki Waititiego

2022-07-05 15:14 Natalia Nowecka
Thor: Miłość i grom - recenzja filmu Marvela od Taiki Waititiego
Autor: materiały prasowe Marvel Studios/Disney Thor: Miłość i grom - recenzja filmu Marvela od Taiki Waititiego

"Thor: Miłość i grom" to już czwarta odsłona solowych przygód Odinsona, a druga za którą odpowiada Taika Waititi. Jak tym razem poradził sobie Nowozelandczyk i czy udźwignął ciężar oczekiwań fanów? Recenzujemy najnowszy film Marvela od twórcy "Ragnaroku".

Gdy tylko pojawiły się pierwsze zapowiedzi czwartego "Thora", pisałam wam, iż najnowsze dzieło Taiki Waititiego może się okazać najlepszą produkcją, jaką dotąd dał nam Marvel. W końcu już "Ragnarok" był czymś znacznie więcej, niż zwykłym blockbusterem o superherosach w trykotach, a Nowozelandczyk wielokrotnie udowodnił, że reżyserem jest wybitnym. Czy i tym razem mu się udało? Powiem więcej - Taika przeszedł samego siebie, a "Miłość i grom" to film absolutnie wspaniały.

Thor: Miłość i grom - recenzja nowego filmu Marvela od Taiki Waititiego

Określanie "Thora: Miłości i gromu" wyłącznie mianem nowego filmu Marvela wydaje mi się sporym nietaktem i nadmiernym uproszczeniem. Owszem, najnowsza odsłona przygód boga piorunów wchodzi w skład Kinowego Uniwersum Marvela i jest w nim wszystko, za co pokochaliśmy opowieści o superherosach ze świata Avengers. To jednak przede wszystkim film Taiki Waititiego. Najbardziej autorska i (nie boję się użyć tego słowa) niezależna produkcja spod szyldu Marvel Studios. Już Sam Raimi w "Multiwersum obłędu" pokazał nam, że można operować w ramach MCU, przemycając przy tym spore pokłady osobistego sznytu. W tym przypadku odnoszę jednak wrażenie, że Kevin Faige rzucił tylko Taice: Rób co chcesz i oddał mu pełną kontrolę, obdarzając bezgranicznym zaufaniem. Taika Waititi, jak mało kto, rozumie i czuje kino rozrywkowe. Wie, na czym opierają się blockbustery superhero i za co kochają je widzowie. "Thor: Miłość i grom" to w mojej ocenie kino rozrywkowe najwyższych lotów. Film, który zawiera w sobie absolutnie wszystko, co powinien, a nawet więcej. 

Thor: Miłość i grom - superhero z wielkim serduchem

Taika Waititi ma to do siebie, że potrafi opowiadać o rzeczach pospolitych i trywialnych, w sposób niezwykle prosty, acz ujmujący, nie ocierając się przy tym o banał. W jednym z ostatnich wywiadów sam przyznał, że w swoich filmach nie stara się rzucić widzów na kolana, tudzież wynaleźć koła na nowo, a jednak - jakimś cudem - wciąż odnosi sukcesy. Widać to zwłaszcza w najnowszym "Thorze", który jest filmem tak prostym, a jednocześnie głębokim, tak zabawnym, a jednocześnie poruszającym, że wywołuje w widzu całe spektrum emocji, a przecież właśnie o to w tych filmach chodzi. "Thor: Miłość i grom" to film o ludziach, ich słabostkach i sile, a także o tym, co jest koniec końców w życiu najważniejsze. Doprawdy trudno oddać wspaniałość tego filmu nie ocierając się o spoilery, mimo to postaram się to zrobić. Powiem tak: nikt dawno tak pięknie nie prawił o poszukiwaniu sensu w życiu, kryzysie wiary, upadku ideałów i radzeniu sobie ze stratą, jak zrobił to tutaj Taika. Gwarantuję, że w trakcie seansu będziecie śmiać się do rozpuku i ronić łzy wzruszenia, a po wyjściu z kina uśmiech nie zejdzie wam z twarzy jeszcze przez długi czas.

Thor: Miłość i grom, czyli o tym, jak pokochałam wątki romantyczne w Marvelu

Pamiętacie dr Jane Foster? Tę miałką i nieciekawą dziewczynę Thora, którą grała Natalie Portman? To wyrzućcie jej obraz z pamięci i pozwólcie Taice opowiedzieć wam jej historię na nowo. Okej, na nowo nie jest tutaj najtrafniejszym określeniem, bowiem Waititi darzy dzieła poprzedników odpowiednią dozą szacunku i nie przekreśla dawnych losów pani astrofizyk. Nadaje jej jednak znacznie więcej charakteru i ikry, a wówczas uwaga - otrzymujemy naprawdę fajną, zabawną (!) i ciekawie poprowadzoną postać kobiecą. Co więcej, relacja Thora i Jane wreszcie DZIAŁA. Wątki romantyczne nigdy nie były mocną stroną Marvela (Wanda i Vision to zupełnie inna historia), a solą w oku fanów był szczególnie romans Odinsona z Jane. Taice wystarczyła jedna sekwencja rodem z generycznych komedii romantycznych (sama jestem w szoku, ale nie, to nie jest obelga), byśmy pokochali Thora i Jane i autentycznie zaangażowali się w ich historię. Nowozelandczyk świetnie też prowadzi aktorów. Chris Hemsworth zaczął naprawdę czuć swoją postać dopiero na wysokości "Ragnaroku", właśnie dzięki Taice. Tutaj panowie znów udowadniają, że fenomenalny z nich duet, ale dość o Chrisie. Największym zaskoczeniem była dla mnie wcielająca się w Jane Natalie Portman. Do wczoraj twierdziłam, że choć aktorką jest świetną, w kinie rozrywkowym nie ma czego szukać. Zawiodła mnie jako Padme Amidala w "Gwiezdnych wojnach", zawiodła też jako dr Jane Foster w dwóch pierwszych "Thorach". Okazało się jednak, że wystarczyło, by za sterami stanął odpowiedni reżyser i Natalie czuje się jak ryba w wodzie, a ja z uśmiechem na twarzy wycofuję się z dotychczasowych twierdzeń. Tessa Thompson i Russell Crowe, kreujący postać Zeusa, nie zaskoczyli mnie ani trochę. Oboje kradną każdą scenę, w której się pojawiają, bawiąc mnie niemiłosiernie. 

Dr Jane Foster (Natalie Portman) i Thor Odinson (Chris Hemsworth) - Thor: Miłość i grom
Autor: materiały prasowe Marvel Studios/Disney

Thor: Miłość i grom - czy Thanos i Loki rzeczywiście mają się czego obawiać?

Po pierwszych zagranicznych pokazach "Miłości i gromu" recenzenci szumnie głosili, iż oto nadszedł najlepszy złoczyńca Kinowego Uniwersum Marvela. Gorr Rzeźnik Bogów, w którego wciela się Christian Bale, to postać tragiczna, nie zło w czystej postaci. To przeciwnik, którego motywacje rozumiemy oraz głęboko mu współczujemy. Co więcej, Bale gra go absolutnie fenomenalnie, a oprawa audio-wizualna dopełnia dzieła, dając nam zdecydowanie najbardziej przerażającego z marvelowych złoli. Czy jednak najlepszego? Niekoniecznie. Choć umieściłabym go w pierwszej piątce, daleko mu do majestatu Thanosa, czy ciężaru emocjonalnego Helmuta Zemo. 

Thor: Miłość i grom to NAPRAWDĘ najlepszy film Marvela

Reasumując, "Thor: Miłość i grom" to wszystko, za co pokochaliśmy kino rozrywkowe. To piękna w swojej prostocie, przezabawna i wzruszająca opowieść, do której z chęcią wrócę jeszcze nie jeden raz. Taika Waititi stanął na wysokości zadania, nie odcinając kuponów od "Ragnaroku" i serwując nam dzieło, które ma w sobie tyle serca i miłości, że w pełni zasłużyło na najwyższą możliwą notę. Nie mam się absolutnie do czego przyczepić, bo nawet sceny walk mają w sobie tyle polotu i finezji, że pozostali twórcy powinni tylko podziwiać i robić notatki. Wszystko tu gra tak, jak powinno, a i moje obawy o przyszłość MCU zostały rozwiane. Dziękuję i proszę o więcej takich produkcji! PS: Teraz wreszcie rozumiem, dlaczego dystrybutorzy nie zdecydowali się na tłumaczenie tytułu "Miłość i grzmocenie". 

Ocena: 10/10

Sonda
Planujesz obejrzeć ten film?
Najdziwniejsze rekordy filmowe, w które trudno uwierzyć | To Się Kręci #3
Grupa ZPR Media sprzeciwia się głoszeniu opinii noszących znamiona mowy nienawiści przepełnionych pogardą czy agresją. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, powiadom nas o tym, klikając zgłoś. Więcej w REGULAMINIE
NAJNOWSZE